Gość (188.146.*.*)
Wyobraźmy sobie scenariusz, w którym pewnego dnia budzimy się w zupełnie nowej rzeczywistości podatkowej. Znikają skomplikowane formularze PIT, firmy przestają liczyć CIT, a oszczędności na lokatach nie są już uszczuplane przez podatek Belki. Brzmi jak marzenie? Taka rewolucja to jednak kij o dwóch końcach. Przeanalizujmy, co taka radykalna przebudowa systemu oznaczałaby dla portfeli Polaków i kasy państwa.
Pierwszym i najbardziej odczuwalnym skutkiem byłby gwałtowny wzrost wynagrodzeń "na rękę". Likwidacja PIT oznacza, że kwota brutto (pomniejszona o składki ZUS, jeśli te by pozostały) staje się niemal w całości kwotą netto. Dla przeciętnego pracownika to zastrzyk gotówki rzędu kilkuset, a nawet kilku tysięcy złotych miesięcznie.
Z perspektywy przedsiębiorstw, zniesienie CIT to ogromny impuls inwestycyjny. Firmy mogłyby przeznaczać wypracowane zyski bezpośrednio na rozwój, nowe technologie czy podwyżki dla pracowników, zamiast oddawać część dochodu fiskusowi. Z kolei brak podatku od zysków kapitałowych zachęciłby Polaków do oszczędzania i inwestowania na giełdzie, co mogłoby ożywić rynek kapitałowy.
Wprowadzenie jednolitej stawki VAT na poziomie 20,5% to operacja, która najbardziej uderzyłaby w najuboższe rodziny. Obecnie na podstawowe produkty żywnościowe, leki czy książki obowiązują stawki obniżone (0%, 5% lub 8%). Podniesienie ich do 20,5% spowodowałoby gwałtowny wzrost cen żywności.
Z drugiej strony, standardowa stawka VAT spadłaby z 23% do 20,5%. Oznacza to, że elektronika, samochody, paliwa czy usługi budowlane mogłyby nieco stanieć. Jednak dla przeciętnej rodziny, która większość budżetu wydaje na jedzenie i utrzymanie, bilans mógłby wyjść na zero lub lekki minus, mimo braku podatku PIT.
To prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjny element tej układanki. Obecnie podatek od nieruchomości w Polsce jest niski i zależy od powierzchni. Podatek katastralny uzależnia opłatę od wartości rynkowej nieruchomości.
Wprowadzenie 5% podatku od przesyłek to bezpośrednie uderzenie w sektor e-commerce. Każdy zakup w sieci stałby się droższy, co mogłoby nieco wyhamować rozwój handlu internetowego na rzecz sklepów stacjonarnych.
Z kolei zniesienie akcyzy na prąd to ulga dla wszystkich – od gospodarstw domowych po wielkie fabryki. Niższe rachunki za energię to niższe koszty produkcji, co teoretycznie powinno hamować inflację. Warto jednak pamiętać, że akcyza to tylko ułamek ceny prądu; lwią część stanowią koszty uprawnień do emisji CO2 i koszty dystrybucji.
To najtrudniejsze pytanie. PIT i CIT to jedne z głównych filarów dochodów budżetowych (odpowiednio ok. 15% i 10% wpływów do budżetu centralnego, przy czym PIT w dużej mierze zasila samorządy). Ich likwidacja stworzyłaby gigantyczną dziurę budżetową, liczoną w setkach miliardów złotych.
Czy nowe podatki by ją załatały?
Większość nowoczesnych gospodarek opiera się na tzw. "mixie podatkowym". Dywersyfikacja źródeł dochodu sprawia, że budżet jest bardziej odporny na kryzysy w konkretnych sektorach. Opieranie systemu głównie na konsumpcji (VAT) i majątku (kataster) sprawia, że państwo staje się bardzo wrażliwe na spadek nastrojów konsumenckich.
Ekonomiści są w tej kwestii podzieleni, ale większość wskazuje na kilka kluczowych ryzyk:
Podsumowując, taki scenariusz to wizja państwa opartego na opodatkowaniu posiadania i konsumpcji, a nie pracy i dochodu. Dla osób zarabiających dużo i posiadających niewielki majątek byłby to raj. Dla osób starszych, posiadających nieruchomości, ale niskie dochody, oraz dla rodzin wielodzietnych – ogromne wyzwanie finansowe. Budżet państwa musiałby przejść całkowitą metamorfozę, a sukces takiej operacji zależałby od niezwykle precyzyjnego skalibrowania stawek podatku katastralnego.