Gość (37.30.*.*)
Wprowadzenie jednolitego, ogólnoeuropejskiego systemu podatkowego, który nakładałby dodatkowe obciążenia obok już istniejących danin krajowych, byłoby jedną z największych rewolucji w historii integracji europejskiej. Obecnie Unia Europejska opiera swój budżet głównie na składkach członkowskich obliczanych na podstawie Dochodu Narodowego Brutto (DNB), cłach oraz niewielkiej części wpływów z VAT. Przejście na bezpośrednie opodatkowanie obywateli i firm przez Brukselę oznaczałoby de facto przekształcenie UE w organizację o charakterze federalnym, przypominającą Stany Zjednoczone.
Zanim przejdziemy do skutków społecznych, warto uświadomić sobie skalę finansową takiej operacji. PKB Unii Europejskiej wynosi około 17 bilionów euro. Wprowadzenie dodatkowego podatku VAT w wysokości 1% oraz CIT na poziomie 1% wygenerowałoby setki miliardów euro rocznie.
Dla przykładu: jeśli konsumpcja prywatna w UE stanowi około 50% PKB, to dodatkowy 1% VAT mógłby przynieść budżetowi unijnemu około 85 miliardów euro rocznie. Dodając do tego PIT, podatek od spadków oraz wpływy z transferów międzynarodowych, budżet UE mógłby się podwoić lub nawet potroić. Pozwoliłoby to na sfinansowanie ogromnych projektów, takich jak wspólna armia, ogólnoeuropejska sieć kolei dużych prędkości czy pełna niezależność energetyczna.
Wprowadzenie dodatkowych stawek podatkowych bezpośrednio wpłynęłoby na siłę nabywczą Europejczyków. Choć 0,5% PIT czy 1% VAT wydają się niewielkimi wartościami, w skali roku dla przeciętnego gospodarstwa domowego oznaczają odczuwalny ubytek gotówki.
Ustalenie minimalnej stawki PIT i CIT na poziomie 14% to cios w strategię gospodarczą krajów takich jak Irlandia, Cypr czy Węgry. Państwa te przyciągają inwestycje zagraniczne właśnie dzięki niskim podatkom.
Gdyby minimalna stawka CIT wzrosła do 14% (plus dodatkowy 1% dla UE), różnica między "tanimi" a "drogimi" krajami uległaby zatarciu. Mogłoby to doprowadzić do odpływu kapitału poza granice UE – na przykład do Szwajcarii, Wielkiej Brytanii czy krajów azjatyckich. Z drugiej strony, ukróciłoby to zjawisko unikania opodatkowania przez wielkie korporacje, które transferują zyski do krajów o najniższych stawkach.
Wprowadzenie opłaty 0,04% od transferów międzynarodowych (nie mniej niż 0,04 €) uderzyłoby przede wszystkim w sektor finansowy i handel zagraniczny. Choć dla przeciętnego turysty wysyłającego przelew to grosze, dla instytucji finansowych wykonujących tysiące operacji na sekundę (tzw. high-frequency trading) byłby to koszt zaporowy.
Taka danina mogłaby ustabilizować rynki finansowe, ograniczając spekulację, ale jednocześnie mogłaby zmniejszyć płynność europejskiego rynku kapitałowego. Firmy zajmujące się eksportem i importem musiałyby doliczyć ten koszt do każdej transakcji, co ostatecznie znów podniosłoby ceny produktów dla końcowego klienta.
Koncepcja opodatkowania transakcji finansowych nie jest nowa – nazywa się ją "podatkiem Tobina". Pierwotnie miała służyć ograniczaniu spekulacji walutowych, ale w wersji unijnej stałaby się potężnym narzędziem fiskalnym, które mogłoby generować dochody nawet przy bardzo niskiej stawce, ze względu na ogromny wolumen obrotów na rynkach.
Gdyby taki scenariusz wszedł w życie, Unia Europejska stałaby się mocarstwem finansowym, ale kosztem suwerenności państw członkowskich i zasobności portfeli obywateli.
Potencjalne korzyści:
Główne zagrożenia:
Wprowadzenie tak kompleksowego systemu wymagałoby jednomyślności wszystkich państw członkowskich, co przy obecnych różnicach w interesach gospodarczych między Północą a Południem oraz Wschodem a Zachodem, wydaje się niemal niemożliwe do zrealizowania w krótkim terminie. Niemniej jednak, dyskusja o "zasobach własnych" UE powraca przy każdym nowym budżecie, a opisany scenariusz jest ekstremalną wersją kierunku, w którym niektóre środowiska w Brukseli chciałyby podążać.