Gość (37.30.*.*)
Wyobraźnia naukowców i fanów transhumanizmu często wykracza poza ramy ewolucji, projektując „człowieka przyszłości”, który byłby odporniejszy, szybszy i bardziej samowystarczalny. Gdybyśmy zdecydowali się na wprowadzenie do ludzkiego organizmu zestawu modyfikacji obejmujących biomechanikę, zaawansowaną biochemię i wzmocniony układ krwionośny, otrzymalibyśmy istotę, która tylko z wyglądu przypominałaby Homo sapiens. W rzeczywistości byłaby to biologiczna maszyna do przetrwania w ekstremalnych warunkach.
Wprowadzenie mikroskopijnych włókien sprężystych wokół stawów i więzadeł drastycznie zmieniłoby sposób, w jaki się poruszamy. U kangurów ścięgno Achillesa działa jak potężna sprężyna – magazynuje energię kinetyczną podczas lądowania i oddaje ją przy kolejnym skoku.
Dla człowieka oznaczałoby to, że bieganie stałoby się niemal darmowe pod względem energetycznym. Nasze stawy byłyby w stanie wytrzymać ogromne przeciążenia, a my moglibyśmy skakać na wysokość kilku metrów bez ryzyka zerwania więzadeł. Taka modyfikacja uczyniłaby z nas mistrzów parkouru i biegów długodystansowych, choć prawdopodobnie nasz chód stałby się bardziej „sprężysty” i mniej precyzyjny przy powolnych ruchach.
Najbardziej rewolucyjną zmianą byłby nowy organ trawienny. Obecnie ludzki układ pokarmowy jest dość wybredny, ale zestaw enzymów takich jak celulaza, chitynaza czy lakkaza zmieniłby zasady gry.
W praktyce głód przestałby istnieć. Człowiek mógłby przetrwać w lesie, żywiąc się korą drzew i ściółką, co całkowicie zmieniłoby strukturę społeczną i ekonomiczną świata.
Posiadanie organu produkującego penicylinę oznaczałoby stałą obecność naturalnego antybiotyku we krwi. Bylibyśmy odporni na większość infekcji bakteryjnych (choć istniałoby ryzyko wyhodowania w sobie super-bakterii odpornych na ten lek).
Z kolei produkcja glutaminy i osteopontyny wpłynęłaby na tempo regeneracji. Glutamina to kluczowy aminokwas dla mięśni i układu odpornościowego, a osteopontyna odgrywa fundamentalną rolę w przebudowie kości i reakcjach zapalnych. Złamania goiłyby się w kilka dni, a rany niemal na oczach obserwatora. Bylibyśmy biologicznie „twardsi” i znacznie mniej podatni na urazy mechaniczne.
Modyfikacje układu krążenia (większe serce, szersze i grubsze naczynia oraz dodatkowy organ produkujący płytki krwi) stworzyłyby system o niesamowitej wydajności, ale i specyficznych zagrożeniach.
Ciekawostka: Zwiększenie średnicy naczyń krwionośnych o taką wartość (0,35 cm) u przeciętnego człowieka wymagałoby drastycznego zwiększenia całkowitej objętości krwi w organizmie (prawdopodobnie z 5 litrów do 7-8 litrów), aby utrzymać odpowiednie ciśnienie.
Dodatkowy organ produkujący płytki krwi sprawiłby, że każda rana zamykałaby się niemal natychmiastowo. Zjawisko krwotoku praktycznie by nie istniało. Jednak niesie to ze sobą ogromne ryzyko – nadmiar płytek krwi (trombocytoza) prowadzi do powstawania zakrzepów, co przy tak silnym sercu mogłoby skutkować nagłymi zatorami, gdyby system regulacji zawiódł.
Taka istota byłaby biologicznym czołgiem. Mogłaby biec godzinami bez zmęczenia, jeść korę drzew, nie chorować na anginę i regenerować złamania w ekspresowym tempie. Jednak taka maszyna potrzebowałaby ogromnej ilości paliwa – mimo zdolności do trawienia wszystkiego, zapotrzebowanie kaloryczne przy tak aktywnym metabolizmie i produkcji tylu enzymów oraz leków byłoby kilkukrotnie wyższe niż u dzisiejszego człowieka.
Fizycznie prawdopodobnie bylibyśmy nieco potężniejsi, z wyraźnie zarysowaną klatką piersiową (miejsce na większe serce i nowe organy) oraz bardzo grubymi, widocznymi żyłami. To wizja człowieka, który nie potrzebuje cywilizacji, by przetrwać – stałby się on ostatecznym drapieżnikiem i jednocześnie najdoskonalszym roślinożercą na planecie.