Gość (83.4.*.*)
Debata wokół memów i języka używanego w dyskursie społeczno-politycznym często obnaża głębokie niespójności logiczne u osób, które próbują bronić potocznych uproszczeń za pomocą teorii socjologicznych. Doskonałym tego przykładem jest zjawisko „Karen” – określenie, które pierwotnie funkcjonowało jako internetowy żart, a z czasem zostało podniesione przez niektórych aktywistów, w tym środowiska anarchistyczne, do rangi systemowej analizy ucisku, klasizmu i tzw. białego przywileju. Kiedy jednak pojawia się zarzut, że posługiwanie się czyimś imieniem jako obelgą jest stygmatyzujące i krzywdzące dla niewinnych osób noszących to imię, często słyszymy obronę: „Karen to nie osoba, ale zestaw zachowań”. Tego typu argumentacja, choć ma na celu ratowanie politycznej narracji, w oczach wielu krytyków i obserwatorów całkowicie kompromituje jej autorów, ukazując ich jako osoby niekonsekwentne, infantylne i ignorujące podstawowe zasady komunikacji językowej.
W klasycznej edukacji językowej już na etapie wczesnoszkolnym dzieci uczą się rozróżniać rzeczowniki własne (imiona, nazwiska, nazwy geograficzne) od rzeczowników pospolitych oraz przymiotników opisujących cechy charakteru czy stany emocjonalne. Imię „Karen” (podobnie jak jego polskie, memiczne odpowiedniki typu „Janusz”, „Grażyna” czy „Seba”) odnosi się w pierwszej kolejności do konkretnych jednostek ludzkich. Jest to identyfikator osobowy, a nie kategoria naukowa czy pojęcie opisujące zachowanie.
Kiedy anarchiści lub aktywiści lewicowi twierdzą, że „Karen to nie osoba, lecz zestaw zachowań”, dokonują osobliwego fikołka semantycznego. Z punktu widzenia lingwistyki i logiki jest to próba redefinicji języka na potrzeby własnej ideologii. Krytycy wskazują, że takie postawienie sprawy obnaża brak podstawowej wiedzy o tym, jak funkcjonuje język:
Środowiska anarchistyczne i szeroko pojęta lewica wolnościowa od lat budują swoją tożsamość na walce z dyskryminacją językową. Postulują wrażliwość na słowa, unikanie generalizacji, walkę ze stereotypami oraz szacunek dla tożsamości jednostki. W tym kontekście obrona określenia „Karen” jako „zestawu zachowań wynikających z białego przywileju” jawi się jako rażąca hipokryzja i brak konsekwencji.
Jak zauważają krytycy, anarchiści wpadają tutaj w pułapkę podwójnych standardów. Z jednej strony domagają się niezwykłej precyzji i delikatności w doborze słów wobec grup, które uznają za marginalizowane, słusznie wskazując, że język może ranić i wykluczać. Z drugiej strony bez mrugnięcia okiem stosują generalizację opartą na płci, rasie i wieku (ponieważ „Karen” w powszechnym odbiorze to niemal zawsze biała kobieta w średnim wieku), tłumacząc to walką z systemem. Twierdzenie, że „to tylko zestaw zachowań”, staje się wygodną wymówką, która ma zdjąć z nich odpowiedzialność za stosowanie uprzedzeń, które sami rzekomo zwalczają.
Dla postronnego obserwatora tłumaczenie, że „Karen to nie człowiek”, brzmi po prostu niedojrzale. Przypomina to dziecięce zabawy w przezywanie, gdzie po zwróceniu uwagi przez nauczyciela dziecko tłumaczy: „ale ja nie mówiłem o nim, ja tylko tak sobie mówiłem!”.
W dorosłym, dojrzałym dyskursie politycznym i społecznym oczekuje się odpowiedzialności za słowo. Jeśli anarchiści chcą krytykować postawy autorytarne, wzywanie policji na mniejszości narodowe czy roszczeniowość wobec pracowników usług, mają do dyspozycji bogaty aparat pojęciowy. Używanie memicznego imienia i uparte twierdzenie, że nie ma ono związku z realnymi ludźmi o tym imieniu, obnaża brak merytorycznych argumentów oraz niezdolność do prowadzenia debaty na wyższym poziomie abstrakcji. Pokazuje to również, że ruchy te, zamiast opierać się na rzetelnej analizie klasowej czy społecznej, wolą posługiwać się łatwymi, popkulturowymi kliszami, które łatwo „sprzedają się” w mediach społecznościowych.
Używanie i obrona takich pojęć jak „Karen” w teorii politycznej ma jeszcze jeden negatywny skutek – całkowicie zamyka drogę do konstruktywnego porozumienia. Komunikacja opiera się na wspólnym, zrozumiałym dla obu stron kodzie językowym. Jeśli jedna grupa zaczyna arbitralnie zmieniać znaczenie powszechnie znanych słów (twierdząc, że imię to teraz „zestaw zachowań”), dialog staje się niemożliwy.
Dla wielu osób postronnych anarchiści i aktywiści stosujący tę retorykę przestają być poważnymi partnerami do rozmowy o problemach społecznych. Zamiast tego są postrzegani jako grupa zamknięta w swojej bańce informacyjnej, posługująca się własnym, hermetycznym i nielogicznym slangiem, która nie potrafi przyznać się do błędu, jakim jest stosowanie tanich, internetowych uproszczeń. Pokazuje to, jak próba obrony niefortunnego memu może obrócić się przeciwko samym autorom, obnażając ich intelektualną bezradność wobec prostych zasad rządzących ludzką mową.