Gość (83.4.*.*)
Dyskusja o kondycji polskiej nauki od lat rozpala emocje nie tylko w środowisku akademickim, ale i w debacie publicznej. Jednym z najbardziej kontrowersyjnych argumentów pojawiających się w tej debacie jest teza, że głównym hamulcem rozwoju są nie braki finansowe, lecz specyficzna „polska mentalność”. Choć na pierwszy rzut oka może się to wydawać próbą diagnozy problemów kulturowych, wielu badaczy i publicystów uznaje takie podejście za szkodliwe, a nawet antypolskie. Dlaczego tak się dzieje?
Zanim przejdziemy do krytyki, warto zrozumieć, co zwolennicy tej tezy mają na myśli. Najczęściej wymieniają oni takie cechy jak: hierarchiczność (tzw. feudalizm akademicki), niechęć do współpracy międzynarodowej, brak ambicji do zdobywania prestiżowych grantów (np. ERC) oraz tzw. folwarczny model zarządzania katedrami. Według tej narracji polski naukowiec jest zachowawczy, boi się ryzyka i woli „ciepłą posadkę” na uczelni niż walkę o światowe odkrycia.
Krytyka tej tezy jako antypolskiej wynika z faktu, że sprowadza ona złożone problemy systemowe do rzekomych wad narodowych, co dla wielu jest nie tylko niesprawiedliwe, ale i metodologicznie błędne.
Głównym zarzutem wobec tezy o mentalności jest to, że służy ona jako wygodna wymówka dla decydentów. Jeśli uznamy, że problemem jest „charakter” naukowców, zdejmujemy odpowiedzialność z państwa za chroniczne niedofinansowanie nauki. Polska od lat przeznacza na badania i rozwój (B+R) znacznie mniejszy procent PKB niż kraje zachodnie czy azjatyckie tygrysy.
Krytycy twierdzą, że nazywanie problemów „mentalnościowymi” to klasyczne odwracanie uwagi od faktu, że polski badacz często musi poświęcać czas na biurokrację, walkę o przetrwanie finansowe lub dydaktykę w nadmiarze, zamiast na czystą naukę. W tym kontekście oskarżenie o „antypolskość” wynika z przekonania, że teza ta uderza w godność ciężko pracujących ludzi, ignorując realia, w jakich przyszło im funkcjonować.
W polskim dyskursie politycznym i społecznym często pojawia się pojęcie „pedagogiki wstydu”. W odniesieniu do nauki teza o mentalności jest postrzegana jako element tej strategii – sugerowanie, że Polacy są z natury mniej zdolni do innowacji lub gorzej zorganizowani niż ich koledzy z Zachodu.
Krytycy zauważają, że:
Dlatego określenie tej tezy jako antypolskiej wiąże się z poczuciem, że promuje ona szkodliwy autostereotyp „Polaka nieudacznika”, który nie potrafi odnaleźć się w nowoczesnym świecie bez zewnętrznego nadzoru.
Wielu socjologów nauki wskazuje, że teza o mentalności wpisuje się w tzw. myślenie postkolonialne. Polega ono na bezkrytycznym przyjmowaniu wzorców zachodnich jako jedynych słusznych i ocenianiu własnego społeczeństwa jako „opóźnionego” lub „niedojrzałego”.
Krytyka tego podejścia opiera się na argumencie, że każda nauka ma swoją specyfikę lokalną i historyczną. Próba siłowego wtłoczenia polskiej nauki w ramy np. modelu amerykańskiego bez uwzględnienia różnic ekonomicznych kończy się frustracją. Osoby broniące polskiej nauki przed zarzutem „złej mentalności” często podkreślają, że polska humanistyka czy nauki społeczne mają unikalny wkład w kulturę narodową, którego nie da się zmierzyć prostymi wskaźnikami rynkowymi czy liczbą cytowań w anglojęzycznych pismach.
Choć w Polsce często narzeka się na „feudalizm” na uczelniach, warto wiedzieć, że system niemiecki (uważany za jeden z najlepszych na świecie) jest jeszcze bardziej hierarchiczny. Tamtejsza pozycja „Profesora” (Ordinarius) wiąże się z ogromną władzą nad młodszymi badaczami. Różnica polega jednak na stabilności finansowania i jasnych ścieżkach kariery, co pokazuje, że to nie sama hierarchia (mentalność), ale jej otoczenie systemowe decyduje o sukcesie.
Spór o to, czy winna jest mentalność, czy system, nie jest tylko akademicką sprzeczką. Ma on realny wpływ na to, jak wyglądają reformy szkolnictwa wyższego. Jeśli przyjmiemy, że problemem jest mentalność, będziemy dążyć do „łamania” oporu środowiska i narzucania odgórnych, często restrykcyjnych zasad. Jeśli uznamy, że problemem są struktury – skupimy się na zwiększeniu nakładów i uproszczeniu procedur.
Etykieta „antypolskości” w tym sporze jest więc sygnałem alarmowym. Ma ona przypominać, że diagnoza problemów nie powinna opierać się na uprzedzeniach wobec własnego narodu, lecz na rzetelnej analizie faktów, która bierze pod uwagę zarówno sukcesy, jak i realne ograniczenia, z jakimi mierzą się polscy badacze.