Gość (37.30.*.*)
Słowo „szarpidrut” to jedno z tych barwnych określeń w języku polskim, które od razu przywołuje na myśl konkretny obraz: długowłosego muzyka, który z pasją uderza w struny gitary elektrycznej, generując przy tym potężną dawkę decybeli. Choć termin ten brzmi nieco staroświecko, wciąż funkcjonuje w naszym słowniku, balansując na granicy żartu, lekkiej złośliwości i środowiskowej dumy.
Etymologia słowa „szarpidrut” jest niezwykle prosta i obrazowa. Jest to złożenie dwóch wyrazów: czasownika „szarpać” oraz rzeczownika „drut”. W tym kontekście „druty” to oczywiście nic innego jak metalowe struny gitary (najczęściej elektrycznej lub basowej).
Określenie to zyskało popularność w Polsce w drugiej połowie XX wieku, kiedy to muzyka rockowa i bigbitowa zaczęła podbijać serca młodzieży. Dla starszego pokolenia, przyzwyczajonego do ułożonych orkiestr i czystych brzmień, gra na przesterowanej gitarze wydawała się chaotycznym „szarpaniem drutów”, a nie prawdziwą sztuką. Tak narodził się szarpidrut – termin początkowo lekceważący, mający sugerować brak umiejętności lub nadmierny hałas.
Wszystko zależy od tego, kto używa tego słowa i w jakim kontekście. Dawniej „szarpidrutem” starsza pani mogła nazwać sąsiada, który za ścianą ćwiczył solówki Jimiego Hendrixa, zakłócając popołudniową ciszę. W takim wydaniu słowo to miało wydźwięk pejoratywny i oznaczało kogoś, kto robi dużo hałasu, niekoniecznie tworząc przy tym wartościową muzykę.
Z czasem jednak środowisko muzyczne „odczarowało” ten termin. Dzisiaj wielu gitarzystów rockowych czy metalowych używa go z przymrużeniem oka, określając tak samych siebie lub kolegów z branży. Stało się ono elementem muzycznego slangu, podobnie jak nazywanie perkusisty „garowym”. W tym ironicznym ujęciu szarpidrut to po prostu gość, który kocha mocne brzmienie i nie boi się solidnie uderzyć w struny.
Ciekawostką jest fakt, że mianem szarpidruta często określano nawet największych mistrzów gitary. Dla kogoś, kto nie jest fanem ciężkiego grania, nawet skomplikowane technicznie solo może brzmieć jak bezładne szarpanie. Tymczasem „szarpanie drutu” w wydaniu profesjonalisty wymaga ogromnej precyzji, znajomości teorii muzyki i setek godzin ćwiczeń. Można więc powiedzieć, że każdy wirtuoz gitary rockowej ma w sobie coś z szarpidruta, ale nie każdy szarpidrut jest wirtuozem.
Choć dzisiaj częściej mówimy po prostu „gitarzysta” lub „wioślarz” (kolejne popularne określenie w slangu muzycznym, nawiązujące do kształtu gitary), szarpidrut wciąż ma swoje miejsce w polszczyźnie. Często pojawia się w tekstach piosenek, felietonach o tematyce muzycznej czy w rozmowach o „starych, dobrych czasach” polskiego rocka.
Warto wiedzieć, że słowo to doczekało się nawet swoich odpowiedników w innych dziedzinach, choć rzadko tak trafnych. Co ciekawe, w niektórych regionach Polski mianem szarpidruta określano dawniej pogardliwie także domorosłych krawców (szarpiących nitki), ale to znaczenie niemal całkowicie zanikło na rzecz kontekstu muzycznego.
Choć szarpidrut kojarzy się głównie z gitarą elektryczną, termin ten bywa czasem rozciągany na inne instrumenty strunowe, o ile sposób gry na nich jest energiczny i głośny. Można więc usłyszeć o „szarpidrutach basowych”, a w bardzo żartobliwym tonie – nawet o wiolonczelistach grających nowoczesną, agresywną muzykę (jak np. zespół Apocalyptica).
Podsumowując, szarpidrut to postać barwna, nieco głośna i nierozerwalnie związana z historią buntu, jakim niegdyś był rock and roll. Jeśli więc ktoś nazwie Cię szarpidrutem, nie musisz się obrażać – potraktuj to jako ukłon w stronę muzycznej energii i bezkompromisowości.