Gość (37.30.*.*)
Rok 1968 to w historii współczesnej data symboliczna, moment, w którym fundamenty zachodniego świata zadrżały w posadach. Dla jednych był to świt wolności i ostateczne zerwanie z dusznym konserwatyzmem, dla innych – początek końca cywilizacji, jaką znaliśmy. Dziś, z perspektywy ponad pół wieku, spór o dziedzictwo tamtych wydarzeń jest bardziej żywy niż kiedykolwiek. Krytycy rewolucji kulturowej lat 60. uważają, że to właśnie wtedy zasiano ziarno problemów, z którymi mierzymy się obecnie: od kryzysu demograficznego, przez upadek autorytetów, aż po wszechobecną poprawność polityczną.
Jednym z kluczowych pojęć pozwalających zrozumieć, dlaczego rok 1968 jest oceniany negatywnie przez konserwatywnych myślicieli, jest „długi marsz przez instytucje”. Termin ten, ukuty przez Rudiego Dutschke, zakładał, że rewolucji nie trzeba przeprowadzać na barykadach, ale poprzez powolne przejmowanie uniwersytetów, mediów, sądów i administracji państwowej.
Z perspektywy krytyków, plan ten powiódł się aż nadto. Twierdzą oni, że dzisiejsza „elita” intelektualna i polityczna to ideowi spadkobiercy pokolenia '68. W tym ujęciu współczesna lewica nie walczy już o prawa robotników (jak ta tradycyjna), lecz skupia się na inżynierii społecznej. Zamiast poprawy bytu materialnego, celem stała się dekonstrukcja tradycyjnych wartości, które przez wieki spajały społeczeństwa Zachodu.
Jednym z najczęstszych zarzutów stawianych rewolucji 1968 roku jest uderzenie w model tradycyjnej rodziny. Postulaty wyzwolenia seksualnego i zerwania z „patriarchalnym uciskiem” doprowadziły – zdaniem sceptyków – do atomizacji społeczeństwa. Krytycy podnoszą argument, że promując skrajny indywidualizm i stawiając doraźną przyjemność ponad obowiązki społeczne, rewolucjoniści doprowadzili do:
Z tej perspektywy rodzina przestała być postrzegana jako bezpieczna przystań i fundament państwa, a zaczęła być traktowana jako opresyjna struktura, którą należy „zreformować” lub zastąpić alternatywnymi modelami życia.
Współczesna poprawność polityczna jest przez wielu postrzegana jako bezpośrednie dziecko roku 1968. Krytycy twierdzą, że walka z dyskryminacją, która u swoich podstaw miała szczytne cele, z czasem wyewoluowała w system „odwróconej dyskryminacji”.
W tym nurcie myślenia uważa się, że dzisiejsza lewica zamiast dążyć do równości szans, promuje równość wyników, co często wiąże się z systemem kwotowym i uprzywilejowaniem konkretnych grup tożsamościowych. Dla przeciwników tych zmian jest to forma neomarksizmu, gdzie walkę klas zastąpiono walką płci, ras czy orientacji seksualnych. Twierdzą oni, że wolność słowa – o którą studenci w 1968 roku rzekomo walczyli – została zastąpiona przez „cancel culture” (kulturę unieważniania) i strach przed wyrażaniem opinii niezgodnych z dominującym nurtem.
Odpowiedź na pytanie, ile w tych twierdzeniach jest prawdy, nie jest czarno-biała i zależy od przyjętej hierarchii wartości. Nie da się jednak zaprzeczyć faktom historycznym i socjologicznym, które potwierdzają pewne procesy:
Z drugiej strony, zwolennicy dziedzictwa 1968 roku podkreślają, że bez tamtego buntu świat byłby miejscem znacznie bardziej opresyjnym. Wskazują na emancypację kobiet, większą podmiotowość mniejszości oraz upadek sztywnych, często bezsensownych hierarchii społecznych.
Wielu badaczy upatruje źródeł ideowych roku 1968 w tzw. Szkole Frankfurckiej. Myśliciele tacy jak Herbert Marcuse czy Theodor Adorno stworzyli podwaliny pod „teorię krytyczną”, która zakładała, że zachodnia kultura jest przesiąknięta ukrytą dominacją i należy ją poddać totalnej krytyce. To właśnie Marcuse stał się idolem zbuntowanej młodzieży, a jego hasła o „tolerancji represywnej” do dziś są analizowane jako fundament współczesnego podejścia do wolności słowa na lewicy.
Czy rok 1968 był porażką ludzkości? Dla osoby ceniącej stabilność, tradycję i porządek hierarchiczny – prawdopodobnie tak. Z tej perspektywy rewolucja ta zniszczyła mechanizmy, które pozwalały społeczeństwom trwać przez wieki, nie oferując w zamian nic poza zagubieniem i konfliktami tożsamościowymi.
Dla osoby ceniącej przede wszystkim wolność jednostki i postęp obyczajowy, rok 1968 był niezbędnym krokiem ku nowoczesności. Prawda leży prawdopodobnie w zauważeniu, że każda wielka zmiana niesie ze sobą nieprzewidziane skutki uboczne. To, co zaczęło się jako wołanie o wolność, w niektórych aspektach faktycznie przerodziło się w nowe formy społecznego nacisku, które dziś budzą tak silny opór części społeczeństwa.