Gość (83.4.*.*)
Stan wojenny, wprowadzony 13 grudnia 1981 roku, to jedno z najbardziej traumatycznych wydarzeń w powojennej historii Polski. Choć od jego formalnego zniesienia minęły już dekady, dyskusja o tym, czy i w jakim stopniu tamte dwa lata determinują naszą dzisiejszą rzeczywistość, wciąż budzi ogromne emocje. Czy to możliwe, by decyzje podjęte ponad 40 lat temu przez Wojskową Radę Ocalenia Narodowego (WRON) nadal wpływały na to, jak żyjemy, jak głosujemy i jak ufamy sobie nawzajem? Przyjrzyjmy się argumentom obu stron tej fascynującej, choć bolesnej debaty.
Wielu historyków i socjologów uważa, że stan wojenny nie był tylko krótkim epizodem, ale brutalnym przerwaniem naturalnego procesu demokratyzacji, którego skutki odczuwamy do dziś. Oto główne argumenty potwierdzające tę tezę.
Jednym z najbardziej wymiernych skutków stanu wojennego była fala emigracji. Szacuje się, że w latach 80. Polskę opuściło od kilkuset tysięcy do nawet miliona osób. Nie byli to przypadkowi ludzie – wyjeżdżali głównie młodzi, wykształceni, pełni energii i inicjatywy, często zaangażowani w ruch „Solidarności”. Ten „drenaż mózgów” osłabił polski kapitał społeczny na pokolenia. Dzisiejszy brak elit w wielu dziedzinach czy luki w kadrach naukowych to bezpośrednie pokłosie tamtej ucieczki przed beznadzieją stanu wojennego.
„Karnawał Solidarności” (1980–1981) był momentem niespotykanego wybuchu zaufania i współpracy między Polakami. Stan wojenny brutalnie to zdusił, wprowadzając atmosferę podejrzliwości, donosicielstwa i strachu. Socjolodzy wskazują, że to właśnie wtedy utrwalił się model „rodzinnego amoralizmu” – ufamy tylko najbliższym, a państwo i instytucje publiczne traktujemy jako wrogie lub obce. Ten niski poziom kapitału społecznego jest do dziś jedną z największych barier rozwojowych Polski.
Współczesna polaryzacja polskiej sceny politycznej ma swoje korzenie właśnie w grudniu 1981 roku. Podział na obóz postsolidarnościowy i postkomunistyczny (choć dziś już mocno zatarty i przekształcony) przez dekady definiował wybory Polaków. Trauma stanu wojennego stworzyła głębokie rowy nienawiści, które nie zasypały się po 1989 roku, a wręcz zostały zagospodarowane przez współczesne partie polityczne do budowania tożsamości na bazie dawnych krzywd i resentymentów.
Stan wojenny pogłębił kryzys gospodarczy i odciął Polskę od zachodnich kredytów oraz technologii. Lata 80. nazywa się często „straconą dekadą”. Podczas gdy kraje azjatyckie czy zachodnia Europa przeżywały skok technologiczny, Polska stała w kolejkach po ocet. Ten dystans cywilizacyjny, który musieliśmy nadrabiać po 1989 roku, był tak ogromny, że niektóre regiony kraju do dziś borykają się ze strukturalnym zacofaniem.
Z drugiej strony pojawia się coraz więcej głosów, że przypisywanie dzisiejszych problemów wydarzeniom sprzed 40 lat jest nadużyciem i formą ucieczki od odpowiedzialności za błędy popełnione już w wolnej Polsce.
Polska po 1989 roku przeszła jedną z najbardziej spektakularnych transformacji gospodarczych na świecie. Skok PKB, wejście do NATO i Unii Europejskiej oraz całkowita zmiana struktury zatrudnienia sprawiły, że gospodarcze skutki stanu wojennego zostały w dużej mierze „nadpisane” przez nowe sukcesy. Dzisiejsza Polska to zupełnie inny organizm ekonomiczny, w którym mechanizmy rynkowe dawno wyparły puste półki z lat 80.
Dla osób urodzonych po 1990 roku stan wojenny jest tak samo odległy jak II wojna światowa czy powstania narodowe. Pokolenia Z i Alpha żyją w świecie cyfrowym, globalnym i mobilnym. Ich problemy – kryzys klimatyczny, rynek pracy w dobie AI czy zdrowie psychiczne – nie mają bezpośredniego związku z tym, co działo się w grudniu 1981 roku. Wpływ tamtych wydarzeń na mentalność młodych Polaków jest znikomy lub żaden.
Od 2004 roku Polska znajduje się w orbicie wpływów europejskich standardów prawnych, społecznych i ekonomicznych. To one, a nie trauma stanu wojennego, kształtują dzisiejsze instytucje państwowe. Fundusze unijne, otwarcie granic i wspólny rynek miały znacznie większy wpływ na kształt dzisiejszej Polski niż dwa lata rygorów wojskowych z początku lat 80.
Choć politycy lubią odwoływać się do historii, dzisiejsze spory w Polsce dotyczą zupełnie innych kwestii niż te z 1981 roku. Konflikty o światopogląd, relacje z UE, podejście do ekologii czy roli państwa w gospodarce są typowe dla nowoczesnych społeczeństw zachodnich. Szukanie ich źródeł wyłącznie w stanie wojennym jest uproszczeniem, które ignoruje dynamikę zmian na świecie w XXI wieku.
Trudno o jednoznaczną odpowiedź, ponieważ wpływ historii na teraźniejszość rzadko jest liniowy. Można jednak zaryzykować stwierdzenie, że o ile skutki materialne (zniszczona gospodarka, braki technologiczne) udało się w dużej mierze zniwelować, o tyle skutki psychologiczne i społeczne są znacznie trwalsze.
Ciekawostką jest fakt, że socjolodzy badający tzw. traumę międzypokoleniową sugerują, iż lęki i postawy wypracowane w sytuacjach ekstremalnych (a taką był stan wojenny) mogą być podświadomie przekazywane dzieciom i wnukom. Może to tłumaczyć, dlaczego w Polsce wciąż mamy tak duży problem z zaufaniem do państwa jako instytucji, niezależnie od tego, kto aktualnie sprawuje władzę.
Ostatecznie stan wojenny pozostaje „żywą historią” – dla jednych bolesną raną, która wciąż determinuje ich wybory, dla innych zamkniętym rozdziałem w podręczniku, który nie ma wpływu na ich codzienne życie w nowoczesnej Europie. Prawda, jak to często bywa, leży prawdopodobnie gdzieś pośrodku, w zależności od tego, na który aspekt naszego życia spojrzymy.