Gość (37.30.*.*)
Pytanie o to, czy dawniej darzyliśmy ludzi sukcesu większym szacunkiem, to temat, który regularnie powraca w debatach socjologicznych i historycznych. Często słyszymy, że kiedyś bogacz był wzorem do naśladowania, a dziś jest obiektem zazdrości lub podejrzliwości. Odpowiedź na to pytanie nie jest jednak czarno-biała – to fascynująca mieszanka faktów historycznych, zmian w przepływie informacji oraz ewolucji naszych wartości społecznych.
W pierwszej połowie XX wieku, a szczególnie w okresie po II wojnie światowej, w świecie zachodnim panowało silne przekonanie o słuszności tzw. etosu pracy. Sukces materialny był często postrzegany jako bezpośredni dowód na pracowitość, inteligencję i wkład jednostki w rozwój społeczeństwa. W Stanach Zjednoczonych triumfy święcił „American Dream”, a w Europie Zachodniej trwał okres gwałtownej odbudowy.
W tamtym czasie wielcy przemysłowcy byli postrzegani jako budowniczowie narodu. Ktoś, kto założył fabrykę i zatrudnił tysiące osób, rzadziej był kojarzony z wyzyskiem, a częściej z dawaniem szansy na godne życie. Istniała pewna społeczna zgoda na to, że liderzy zasługują na więcej, ponieważ ich sukces „ciągnął” w górę całą gospodarkę. Nie oznacza to jednak, że krytyka nie istniała – wystarczy wspomnieć o terminie „Robber Barons” (Baronowie Rozbójnicy) z przełomu XIX i XX wieku, którym określano bezwzględnych magnatów finansowych.
Kluczową różnicą między tamtymi latami a współczesnością jest transparentność i dostęp do informacji. Do połowy XX wieku życie ludzi sukcesu było owiane tajemnicą. Przeciętny obywatel widział jedynie efekt końcowy: elegancki garnitur, luksusowy samochód czy wzmiankę w gazecie o nowej inwestycji. Nie było mediów społecznościowych, które pokazywałyby każdy aspekt życia bogaczy, ich kontrowersyjne wypowiedzi czy ekstrawaganckie wydatki.
Dzisiaj sukces jest „na wyciągnięcie ręki”, ale tylko wirtualnie. Widzimy życie miliarderów w czasie rzeczywistym, co sprzyja porównywaniu się i budzi naturalny psychologiczny mechanizm zazdrości. Dawniej dystans społeczny był tak duży, że ludzie rzadziej aspirowali do bycia „równymi” najbogatszym, co paradoksalnie zmniejszało poziom frustracji i negatywnych emocji.
Współczesne negatywne nastawienie do osób odnoszących sukcesy często ma swoje źródło w danych ekonomicznych. W połowie XX wieku różnice w zarobkach między prezesem firmy a szeregowym pracownikiem były znacznie mniejsze niż obecnie. Według wielu analiz ekonomicznych, w latach 50. i 60. owoce wzrostu gospodarczego były dzielone bardziej proporcjonalnie.
Kiedy ludzie widzą, że ich realne płace stoją w miejscu, podczas gdy majątek najbogatszych rośnie w tempie wykładniczym, naturalną reakcją jest sceptycyzm wobec „czystości” tego sukcesu. Pojawia się pytanie: czy ten sukces wynika z ciężkiej pracy, czy z manipulacji systemem finansowym? W pierwszej połowie XX wieku, mimo istnienia ogromnych fortun, poczucie, że „każdy może do czegoś dojść”, było silniej ugruntowane w rzeczywistości gospodarczej klasy średniej.
W psychologii społecznej istnieje zjawisko kibicowania słabszym. O ile dawniej sukces był postrzegany jako meta długiego biegu, o tyle dzisiaj często patrzymy na niego przez pryzmat przywilejów startowych. Jeśli ktoś odniósł sukces, bo „miał kapitał na start”, współczesne społeczeństwo ocenia to znacznie surowiej niż 70 lat temu, kiedy kapitał rodzinny był uznawany za naturalny element ciągłości pokoleniowej.
Warto zaznaczyć, że w Polsce postrzeganie sukcesu kształtowało się zupełnie inaczej ze względu na uwarunkowania historyczne. Do połowy XX wieku Polska przechodziła przez traumę wojen i zmianę ustroju. W okresie PRL-u „człowiek sukcesu” (często nazywany pogardliwie prywaciarzem lub spekulantem) był systemowo przedstawiany jako wróg ludu. To wtedy w polskiej mentalności zakorzeniło się przekonanie, że pierwszy milion trzeba ukraść. Na Zachodzie negatywne postrzeganie sukcesu jest zjawiskiem stosunkowo nowym, u nas ma ono głębokie korzenie w propagandzie socjalistycznej.
Podsumowując, twierdzenie, że dawniej na osoby odnoszące sukcesy patrzono mniej negatywnie, jest w dużej mierze prawdą, ale z kilkoma zastrzeżeniami:
Nie jest jednak prawdą, że dawniej nie było nienawiści do bogaczy – była ona po prostu inaczej kanalizowana, często poprzez ruchy robotnicze czy reformy podatkowe, a nie poprzez „cancel culture” w mediach społecznościowych. Dzisiejszy negatywny stosunek do sukcesu to nie tylko kwestia zazdrości, ale też efekt większej świadomości społecznej dotyczącej ekologii, praw pracowniczych i etyki biznesu.