Gość (37.30.*.*)
Pytanie o to, gdzie kończy się zwykły program wyborczy, a zaczyna populizm, jest jednym z najgorętszych tematów w naukach politycznych. Na pierwszy rzut oka faktycznie może się wydawać, że skoro każdy polityk coś obiecuje, to każdy jest populistą. Jednak diabeł tkwi w szczegółach, a konkretnie w tym, jak definiujemy relację między władzą, ludem a elitami. W politologii populizm nie jest po prostu synonimem „składania obietnic bez pokrycia”, choć w języku potocznym często tak go używamy.
Zamiast patrzeć tylko na obietnice, badacze tacy jak Cas Mudde czy Jan-Werner Müller definiują populizm jako specyficzną ideologię lub styl uprawiania polityki. Jej fundamentem jest podział społeczeństwa na dwie homogeniczne i antagonistyczne grupy: „czysty lud” oraz „skorumpowaną elitę”.
Populista nie mówi po prostu: „zbuduję więcej dróg”. On mówi: „zbuduję drogi dla was, zwykłych obywateli, które dotychczasowe, zepsute elity budowały tylko dla siebie lub swoich kolegów”. To właśnie to przeciwstawienie „nas” (dobrych) „im” (złym) jest kluczem do zrozumienia tego zjawiska. Obietnice wyborcze są tu jedynie narzędziem, a nie istotą problemu.
W zdrowej demokracji partie polityczne rywalizują na programy. Jedni obiecują niższe podatki, inni wyższe świadczenia socjalne. To naturalny element gry rynkowej o głosy wyborców. Różnica między partią programową a populistyczną objawia się w trzech głównych punktach:
Jeśli przyjmiemy powyższe kryteria, odpowiedź brzmi: nie. Partia liberalna, konserwatywna czy socjaldemokratyczna może składać kosztowne obietnice, ale jeśli uznaje prawo opozycji do istnienia, szanuje niezależność sądów i nie dzieli narodu na „prawdziwych patriotów” i „zdrajców”, to nie spełnia definicji populizmu.
Warto jednak zauważyć zjawisko „popularyzacji polityki”. Współczesny marketing polityczny wymusza na wszystkich graczach pewne uproszczenia i emocjonalny przekaz. Dlatego granica czasem się zaciera, a partie głównego nurtu mogą przejmować populistyczną retorykę, by odzyskać wyborców. To jednak wciąż „populizm retoryczny”, a nie ideologiczny fundament ich działania.
Często kojarzymy populizm z konkretną stroną sceny politycznej, ale historia pokazuje, że może on być zarówno prawicowy, jak i lewicowy.
Skuteczność populizmu wynika z faktu, że trafia on w realne lęki i poczucie wykluczenia. Kiedy duża grupa ludzi czuje, że tradycyjne partie ich nie słuchają, a ich standard życia się pogarsza, narracja o „złych elitach” staje się bardzo atrakcyjna. Populizm jest więc często sygnałem ostrzegawczym dla demokracji, że system przestał sprawnie odpowiadać na potrzeby obywateli.
Podsumowując, choć każda partia obiecuje, nie każda robi to w sposób populistyczny. Prawdziwy populizm to nie tylko „gruszki na wierzbie”, ale przede wszystkim niebezpieczne przekonanie, że społeczeństwo jest czarno-białe, a polityka to walka dobra ze złem, w której zasady demokratyczne są tylko zbędnym balastem.