Gość (37.30.*.*)
Większość z nas kojarzy demokrację z prostą zasadą: idziemy do urn, oddajemy głos, a ci, którzy zdobędą ich najwięcej, zasiadają w ławach parlamentarnych. Okazuje się jednak, że świat polityki jest znacznie bardziej skomplikowany i fascynujący. W wielu dojrzałych demokracjach istnieją mechanizmy, które pozwalają na obsadzenie części mandatów bez udziału wyborców w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Dzieje się tak z racji tradycji, ochrony mniejszości narodowych czy chęci wykorzystania wiedzy wybitnych ekspertów.
Najbardziej jaskrawym przykładem systemu, w którym mandaty nie pochodzą z wyborów powszechnych, jest brytyjska Izba Lordów (House of Lords). Choć Wielka Brytania jest uznawana za kolebkę parlamentaryzmu, jej izba wyższa wciąż opiera się na zasadach, które mogą zadziwić współczesnego demokratę.
W Izbie Lordów zasiadają trzy główne grupy osób, które nie zostały wybrane w głosowaniu powszechnym:
Przenosząc się na południe Europy, do słonecznej Italii, spotkamy się z instytucją senatora dożywotniego (senatore a vita). Włoska konstytucja przewiduje, że w Senacie zasiadają osoby, które nie muszą ubiegać się o głosy obywateli.
Pierwszą grupą są byli prezydenci Republiki, którzy po zakończeniu swojej kadencji automatycznie stają się senatorami dożywotnimi (chyba że zrzekną się tego przywileju). Drugą grupę stanowią obywatele mianowani przez urzędującego prezydenta. Prezydent może mianować do pięciu osób, które „przyniosły chlubę ojczyźnie poprzez wybitne zasługi na polu społecznym, naukowym, artystycznym lub literackim”. Dzięki temu w parlamencie zasiadają tacy giganci jak słynny architekt Renzo Piano czy noblista Carlo Rubbia.
W niektórych krajach mandaty przyznawane są według „klucza etnicznego”, aby zapewnić reprezentację mniejszościom narodowym, które w normalnym trybie wyborczym mogłyby zostać przegłosowane przez większość.
W Słowenii parlament składa się z 90 deputowanych, ale dwa miejsca są z góry zarezerwowane dla przedstawicieli mniejszości włoskiej i węgierskiej. Wybierają ich tylko członkowie tych społeczności, co gwarantuje im stały głos w sprawach państwowych, niezależnie od ogólnego wyniku partii politycznych.
Podobny mechanizm funkcjonuje w Chorwacji, gdzie w Saborze (parlamencie) zarezerwowanych jest 8 mandatów dla mniejszości narodowych, w tym trzy dla mniejszości serbskiej. Z kolei w Rumunii organizacje mniejszości narodowych, które nie przekroczyły progu wyborczego w skali kraju, mogą otrzymać jeden mandat w Izbie Deputowanych, jeśli uzyskały odpowiednią liczbę głosów w skali lokalnej.
Irlandzki Senat (Seanad Éireann) to prawdziwa gratka dla fanów nietypowych systemów wyborczych. Z 60 senatorów aż 11 jest mianowanych bezpośrednio przez Premiera (Taoiseach). Jednak najbardziej unikalne są mandaty uniwersyteckie.
Sześciu senatorów wybieranych jest przez absolwentów i pracowników dwóch uczelni: Narodowego Uniwersytetu Irlandii oraz Uniwersytetu w Dublinie (Trinity College). Oznacza to, że o obsadzie części miejsc w parlamencie decyduje wykształcenie i przynależność do wspólnoty akademickiej, a nie miejsce zamieszkania czy ogólnokrajowe preferencje partyjne.
Można by pomyśleć, że mandaty „z urzędu” lub mianowane to relikt przeszłości, który kłóci się z duchem nowoczesnej demokracji. Jednak zwolennicy tych rozwiązań wskazują na kilka istotnych korzyści:
Warto wiedzieć, że w Polsce po 1989 roku również toczyły się dyskusje nad wprowadzeniem podobnych rozwiązań – na przykład nad nadaniem byłym prezydentom statusu senatora dożywotniego. Ostatecznie jednak polski ustawodawca postawił na w pełni wybieralny skład obu izb parlamentu.
Istnieją terytoria demokratyczne, gdzie system jest jeszcze bardziej specyficzny. Na przykład na Wyspie Man (samorządna posiadłość Korony Brytyjskiej) w jednej z izb parlamentu (Legislative Council) zasiadają osoby wybierane przez drugą izbę, a także biskup Sodor i Man oraz prokurator generalny (ten ostatni bez prawa głosu). To pokazuje, jak elastyczne potrafią być struktury władzy w zależności od lokalnej historii i potrzeb.