Gość (83.4.*.*)
Dyskusja o kondycji polskiej nauki od lat kręci się wokół tych samych tematów: pieniędzy, biurokracji i właśnie „mentalności”. To ostatnie słowo pojawia się w debatach publicznych niezwykle często, zazwyczaj jako uniwersalne wyjaśnienie wszelkich niepowodzeń – od niskich pozycji w rankingach międzynarodowych, po brak współpracy między uczelniami a biznesem. Jednak wielu badaczy systemów szkolnictwa wyższego oraz socjologów podchodzi do tego argumentu z dużą rezerwą, określając go mianem enigmatycznego. Dlaczego tak się dzieje?
Głównym powodem, dla którego teza o mentalności jest krytykowana, jest jej niezwykła mglistość. W nauce i rzetelnej debacie publicznej operowanie pojęciami, których nie da się precyzyjnie zdefiniować, jest ryzykowne. Kiedy ktoś mówi, że „problemem jest mentalność”, może mieć na myśli dziesiątki różnych rzeczy:
Ponieważ „mentalność” jest tak pojemnym workiem, staje się pojęciem-wytrychem. Można do niego wrzucić wszystko, co nam się nie podoba, bez konieczności wskazywania konkretnych mechanizmów czy osób odpowiedzialnych za dany stan rzeczy. To właśnie ta nieuchwytność sprawia, że krytycy uznają tę tezę za enigmatyczną i mało użyteczną w procesie naprawy systemu.
Krytycy argumentu o mentalności zauważają, że skupianie się na psychice naukowców często odciąga uwagę od problemów strukturalnych i systemowych. Łatwiej jest powiedzieć „ludzie muszą zmienić myślenie”, niż przyznać, że system finansowania nauki jest wadliwy lub że prawo o szkolnictwie wyższym promuje przeciętność.
W socjologii istnieje silny nurt wskazujący, że to, co nazywamy „mentalnością”, jest w rzeczywistości racjonalną adaptacją jednostki do panujących warunków. Jeśli naukowiec nie współpracuje z biznesem, to może nie dlatego, że ma „złą mentalność”, ale dlatego, że system oceny jego pracy (punktoza) premiuje wyłącznie publikacje w niszowych czasopismach, a nie wdrożenia rynkowe. W takim ujęciu mentalność nie jest przyczyną, lecz skutkiem źle zaprojektowanych zasad gry.
Określenie problemu jako „enigmatycznej mentalności” ma jeszcze jedną, dość mroczną stronę – zdejmuje odpowiedzialność z osób zarządzających nauką. Jeśli powiemy, że problemem jest brak pieniędzy, rozwiązanie jest jasne (choć trudne): trzeba znaleźć fundusze. Jeśli powiemy, że problemem jest zła ustawa, trzeba ją znowelizować.
Jeśli jednak uznamy, że problemem jest „mentalność polskiego naukowca”, to rozwiązanie przesuwa się w nieokreśloną przyszłość. Mentalności nie da się zmienić jedną ustawą czy rozporządzeniem; jej zmiana to proces pokoleniowy. To sprawia, że teza ta staje się idealną wymówką dla braku skutecznych reform. Skoro „ludzie są tacy, jacy są”, to żadna reforma i tak nie zadziała – to bardzo niebezpieczny i demotywujący sposób myślenia.
W kontekście mentalności często przywołuje się termin „folwarku akademickiego”. Pojęcie to spopularyzował m.in. prof. Janusz Hryniewicz. Opisuje ono strukturę, w której profesor (pan) ma niemal nieograniczoną władzę nad doktorantami (chłopami), a relacje opierają się na lojalności, a nie na merytokracji. Choć brzmi to jak opis mentalności, w rzeczywistości jest to konkretny model zarządzania zasobami ludzkimi, który można zmieniać poprzez transparentne konkursy i systemy grantowe.
Nauka kocha dane, a w przypadku „mentalności” o twarde dowody jest niezwykle trudno. Jak zmierzyć mentalność narodu lub konkretnej grupy zawodowej w sposób obiektywny? Większość argumentów za tą tezą opiera się na anegdotach, osobistych odczuciach lub stereotypach.
Krytycy wskazują, że polscy naukowcy, gdy tylko wyjeżdżają do ośrodków w USA, Niemczech czy Szwajcarii, nagle „zmieniają mentalność” – stają się innowacyjni, skłonni do współpracy i odnoszą sukcesy. To sugeruje, że problemem nie jest ich wewnętrzne nastawienie, ale środowisko, w którym przyszło im pracować w kraju.
Zamiast debatować nad nieuchwytnym duchem polskiej nauki, eksperci proponują skupienie się na konkretach, takich jak:
Podsumowując, teza o mentalności jako źródle problemów polskiej nauki jest krytykowana jako enigmatyczna, ponieważ nie oferuje żadnych konkretnych rozwiązań, jest trudna do zweryfikowania i często służy jako zasłona dymna dla błędów systemowych. Prawdziwa zmiana prawdopodobnie nie przyjdzie wraz z „nowym myśleniem”, ale wraz z nowymi, lepiej zaprojektowanymi ramami działania, w których polscy badacze będą mogli w pełni wykorzystać swój potencjał.