Gość (83.4.*.*)
Debata nad kondycją polskiej nauki od lat krąży wokół dwóch biegunów: z jednej strony mówi się o potrzebie zmiany postaw i „mentalności” naukowców, z drugiej – o chronicznym niedofinansowaniu. Teza, że to właśnie specyficzny sposób myślenia, hierarchiczność czy brak przedsiębiorczości są głównymi hamulcami rozwoju, spotyka się z ostrą krytyką. Dlaczego? Ponieważ dla wielu badaczy i ekspertów jest to próba leczenia objawów, a nie przyczyny, która tkwi w pustym portfelu polskiej nauki.
Zwolennicy tezy o „problemie mentalnościowym” często wskazują na tzw. feudalizm akademicki, niechęć do komercjalizacji badań czy brak mobilności naukowców. Sugerują oni, że polscy badacze są zbyt przywiązani do swoich katedr, mało odważni w sięganiu po międzynarodowe granty i zamknięci na współpracę z biznesem. Choć niektóre z tych zjawisk faktycznie występują, krytycy zauważają, że przypisywanie im głównej winy za stan nauki jest ogromnym uproszczeniem.
Krytyka tego podejścia opiera się na przekonaniu, że to, co nazywamy „mentalnością”, jest w rzeczywistości strategią przetrwania w systemie, który jest niedofinansowany. Trudno oczekiwać od naukowca ryzykownych, przełomowych badań, jeśli system grantowy jest niestabilny, a pensje na uczelniach ledwo pozwalają na godne życie.
Głównym argumentem przeciwko „tezie mentalnościowej” są twarde dane dotyczące nakładów na badania i rozwój (B+R). Polska od lat przeznacza na ten cel znacznie mniejszy procent PKB niż średnia unijna, nie mówiąc już o liderach innowacji, takich jak Izrael, Korea Południowa czy Niemcy.
Kiedy porównamy budżety czołowych amerykańskich czy niemieckich uczelni z budżetami całego polskiego sektora nauki, dysproporcja staje się uderzająca. Krytycy podkreślają, że:
Wielu obserwatorów zauważa, że przerzucanie winy na mentalność środowiska naukowego jest bardzo wygodne z punktu widzenia politycznego. Jeśli problemem są „ludzie i ich nawyki”, to rozwiązaniem mają być reformy administracyjne, nowe regulacje i „zmiana kultury pracy” – działania, które na papierze wyglądają dobrze, a nie wymagają gwałtownego zwiększenia nakładów budżetowych.
Krytycy twierdzą, że jest to klasyczne „obwinianie ofiary”. Zamiast zainwestować w system, oczekuje się, że naukowcy będą dokonywać cudów dzięki samej pasji i zmianie nastawienia. To tak, jakby kazać biegaczowi startować w maratonie bez butów i wody, a po porażce twierdzić, że zabrakło mu „zwycięskiej mentalności”.
Niedofinansowanie bezpośrednio wpływa na to, jak kształtuje się środowisko naukowe. Niskie zarobki sprawiają, że wielu najzdolniejszych absolwentów wybiera karierę w korporacjach lub wyjeżdża za granicę. W systemie zostają często osoby, które godzą się na niskie standardy lub muszą dorabiać na kilku etatach, co drastycznie obniża jakość pracy naukowej.
To, co postronny obserwator bierze za „brak ambicji” (element mentalności), jest często wynikiem zwykłego zmęczenia i braku perspektyw. Zmiana mentalności w warunkach niedoboru zasobów jest praktycznie niemożliwa, ponieważ lęk o stabilność zatrudnienia promuje postawy zachowawcze, a nie innowacyjne.
W ostatnich latach nakłady Polski na B+R oscylowały wokół 1,4–1,5% PKB. Choć widać tendencję wzrostową, wciąż daleko nam do unijnej średniej (ok. 2,3%) czy celów wyznaczonych przez najbardziej innowacyjne kraje, które celują w 3% PKB i więcej. Dla porównania, Izrael wydaje na ten cel ponad 5% swojego PKB.
Oczywiście, pieniądze to nie jedyny problem. Krytycy tezy o mentalności nie twierdzą, że polska nauka jest idealnie zarządzana. Przyznają, że struktury uczelni bywają skostniałe, a biurokracja potrafi zabić każdą inicjatywę. Uważają jednak, że zmiany strukturalne i mentalnościowe muszą iść w parze z realnym finansowaniem.
Bez solidnej bazy finansowej każda reforma będzie tylko „pudrowaniem rzeczywistości”. Dopiero gdy naukowiec będzie miał zapewnione godne warunki pracy i nowoczesne narzędzia, będzie można sprawiedliwie ocenić, czy jego sukcesy (lub ich brak) wynikają z jego nastawienia, czy z ograniczeń systemu. Dlatego też ignorowanie kwestii budżetowych w dyskusji o problemach nauki jest postrzegane jako błąd merytoryczny i niesprawiedliwość wobec środowiska badawczego.