Gość (83.4.*.*)
Temat wpływu rosyjskiej propagandy na wynik referendum w sprawie Brexitu to jedna z najbardziej gorących i kontrowersyjnych debat politycznych ostatniej dekady. Choć samo głosowanie odbyło się w 2016 roku, to proces opuszczania Unii Europejskiej sfinalizowano w 2020 roku, co sprawia, że pytania o to, czy brytyjski rząd mógł „uratować” sytuację, podejmując bardziej zdecydowane kroki przeciwko dezinformacji, wciąż powracają. Czy rzeczywiście kilka tysięcy botów na Twitterze i ukierunkowane reklamy mogły zmienić bieg historii? Przyjrzyjmy się argumentom obu stron tej fascynującej dyskusji.
Zwolennicy teorii, że przeciwdziałanie rosyjskim wpływom mogło zapobiec Brexitowi, opierają się przede wszystkim na matematyce wyborczej. Wynik referendum był niezwykle wyrównany (51,9% do 48,1%), co oznacza, że zmiana zdania zaledwie kilkuset tysięcy osób mogłaby całkowicie odmienić losy Wielkiej Brytanii.
Głównym argumentem jest fakt, że rosyjska propaganda nie działała „na oślep”. Wykorzystywano zaawansowane algorytmy i dane (m.in. głośna afera Cambridge Analytica), aby docierać z konkretnymi, często fałszywymi przekazami do osób niezdecydowanych. Jeśli rząd aktywnie monitorowałby te działania i edukował obywateli o mechanizmach manipulacji, wyborcy mogliby być bardziej odporni na emocjonalne hasła dotyczące np. „zalewu imigrantów” czy „350 milionów funtów tygodniowo dla NHS”.
W 2020 roku opublikowano długo wyczekiwany raport parlamentarnej Komisji ds. Wywiadu i Bezpieczeństwa (ISC). Jednym z najmocniejszych argumentów „za” jest zawarta w nim konstatacja, że brytyjski rząd „nie szukał” dowodów na rosyjską ingerencję. Krytycy twierdzą, że ta bierność była przyzwoleniem na sianie chaosu. Gdyby służby specjalne otrzymały zielone światło do walki z farmami trolli i finansowaniem kampanii z niejasnych źródeł, narracja publiczna mogłaby wyglądać zupełnie inaczej.
Rosyjska propaganda rzadko tworzy problemy od zera – ona raczej „podlewa” już istniejące konflikty. W przypadku Brexitu argumentuje się, że rosyjskie media (takie jak RT czy Sputnik) oraz tysiące kont w mediach społecznościowych sztucznie wzmacniały najbardziej radykalne głosy, tworząc iluzję, że wyjście z UE jest jedynym rozwiązaniem problemów Brytyjczyków.
Z drugiej strony barykady stoją badacze i politycy, którzy uważają, że zrzucanie winy na Rosję jest uproszczeniem i próbą ucieczki od odpowiedzialności za błędy własnej polityki.
Najsilniejszym argumentem przeciwko tezie o decydującym wpływie propagandy jest fakt, że niechęć do Unii Europejskiej nie narodziła się w 2016 roku na Facebooku. Brytyjska prasa (zwłaszcza tabloidy) od dziesięcioleci budowała narrację o „złej Brukseli”. Trudno przypisać Rosji sukces, który był budowany przez lokalne media i polityków przez blisko 40 lat.
Wielu analityków wskazuje, że to nie siła rosyjskiej propagandy, a słabość kampanii za pozostaniem w UE zdecydowała o wyniku. Kampania „Remain” opierała się głównie na straszeniu kryzysem gospodarczym (tzw. Project Fear), co dla wielu wyborców z uboższych regionów Anglii i Walii, którzy już czuli się poszkodowani przez system, było mało przekonujące. Przeciwdziałanie propagandzie nie naprawiłoby braku pozytywnej wizji członkostwa w UE.
Choć udowodniono, że rosyjskie boty były aktywne, bardzo trudno jest naukowo zweryfikować, czy jakikolwiek wyborca faktycznie zmienił zdanie pod ich wpływem. Badania Oxford Internet Institute sugerowały, że zasięg rosyjskich treści był stosunkowo niewielki w porównaniu do oficjalnych materiałów kampanijnych. Przeciwnicy tezy o wpływie Rosji twierdzą, że przypisywanie im takiej mocy sprawczej jest formą „teorii spiskowej”, która ignoruje realne problemy społeczne, takie jak skutki polityki oszczędnościowej czy kryzys tożsamościowy.
Warto zauważyć, że debata ta często pomija aspekt prawny. W brytyjskim systemie demokratycznym wolność słowa jest wartością nadrzędną, a granica między „zwalczaniem propagandy” a „cenzurą polityczną” jest bardzo cienka.
Ciekawostka: W raporcie ISC z 2020 roku zauważono, że Wielka Brytania stała się „pralnią pieniędzy” dla rosyjskich oligarchów, co mogło dawać im pośredni wpływ na elity polityczne. To sugeruje, że problemem nie była tylko propaganda w internecie, ale głębokie powiązania finansowe, które budowano latami.
Gdyby rząd Wielkiej Brytanii podjął walkę z rosyjską dezinformacją wcześniej, prawdopodobnie udałoby się ograniczyć zasięg najbardziej jaskrawych kłamstw. Jednak czy to wystarczyłoby, by zapobiec Brexitowi? Większość politologów skłania się ku opinii, że propaganda była jedynie „wiatrem w żagle” dla potężnego, wewnętrznego ruchu społecznego. Bez realnych zmian w polityce krajowej i lepszej komunikacji ze strony Unii Europejskiej, sam monitoring mediów społecznościowych mógłby okazać się niewystarczający, by zatrzymać proces, który dojrzewał w brytyjskim społeczeństwie od dekad.