Gość (5.172.*.*)
Sprawa Pegasusa to jeden z najbardziej skomplikowanych i kontrowersyjnych tematów w polskiej polityce ostatnich lat. Często pojawia się pytanie, dlaczego ówczesna opozycja nie wykorzystała w pełni faktu, że kanadyjska organizacja Citizen Lab posiada dowody na inwigilację. Warto jednak doprecyzować: to nie jest tak, że politycy tego argumentu nie podnieśli. Wręcz przeciwnie – raporty z Toronto stały się fundamentem ich narracji, ale zderzyły się z murem instytucjonalnym, który w tamtym czasie był nie do przebicia.
Wbrew pozorom, politycy ówczesnej opozycji bardzo głośno i regularnie powoływali się na ustalenia Citizen Lab. To właśnie dzięki współpracy ofiar inwigilacji (takich jak senator Krzysztof Brejza, mecenas Roman Giertych czy prokurator Ewa Wrzosek) z ekspertami z Uniwersytetu w Toronto, opinia publiczna dowiedziała się o istnieniu problemu.
Argument ten był podnoszony na niemal każdej konferencji prasowej dotyczącej służb specjalnych. Co więcej, to właśnie na podstawie danych od Citizen Lab w styczniu 2022 roku powołano w Senacie nadzwyczajną komisję do spraw wyjaśnienia przypadków nielegalnej inwigilacji. Problem polegał na tym, że komisja senacka nie ma uprawnień śledczych – nie może nikogo zmusić do składania zeznań ani nakładać kar, co znacznie ograniczało jej realny wpływ na bieg wydarzeń.
Wrażenie, że nikt nie zajmuje się dowodami z Kanady, wynikało z postawy ówczesnej prokuratury i organów państwowych. W systemie prawnym to prokuratura ma narzędzia do zabezpieczania dowodów i stawiania zarzutów. Przez długi czas wnioski o wszczęcie śledztw w sprawie Pegasusa były albo odrzucane, albo postępowania zawieszano.
Z perspektywy rządu i podległych mu służb, narracja była prosta: podważano wiarygodność Citizen Lab, sugerując, że jest to organizacja prywatna, a jej metody nie są uznawane przez polskie prawo za dowód procesowy. To stworzyło swoisty pat informacyjny – opozycja krzyczała o dowodach, a instytucje państwowe odpowiadały, że "nie ma tematu" lub że wszystko odbywało się zgodnie z prawem i za zgodą sądów.
Warto zrozumieć, co tak naprawdę wiedzą Kanadyjczycy. Citizen Lab nie posiada "centralnej bazy danych" wszystkich osób inwigilowanych Pegasusem na świecie. Ich praca polega na analizie konkretnych telefonów, które zostały im dostarczone.
Eksperci szukają tzw. śladów infekcji – specyficznych procesów, linków czy błędów w systemie operacyjnym, które zostawia po sobie oprogramowanie NSO Group. Potrafią oni określić:
Nie mają jednak dostępu do treści, które zostały wykradzione (chyba że zostały one na telefonie). To kluczowa różnica – Citizen Lab dostarcza "dowód włamania", ale to, co dokładnie ukradziono i kto konkretnie siedział po drugiej stronie konsoli, musi ustalić prokuratura lub komisja śledcza z dostępem do dokumentacji służb.
Wiele osób myśli, że Pegasus to po prostu "nowoczesny podsłuch". W rzeczywistości to system totalny. Pozwala on nie tylko słuchać rozmów, ale też czytać zaszyfrowane wiadomości (Signal, WhatsApp), przeglądać zdjęcia, a nawet zdalnie uruchamiać mikrofon i kamerę, zamieniając telefon w urządzenie szpiegowskie działające w czasie rzeczywistym.
Twierdzenie, że nikt nie zbadał tych wątków, jest już nieaktualne. Po zmianie władzy w Polsce w 2023 roku, sytuacja uległa diametralnej zmianie. Powołano sejmową komisję śledczą ds. Pegasusa, która ma pełne uprawnienia do przesłuchiwania świadków pod przysięgą i dostępu do tajnych dokumentów.
Obecnie badane są:
Podsumowując, argument o danych z Kanady był podnoszony od samego początku, ale dopiero teraz instytucje państwowe mają realną wolę polityczną i narzędzia prawne, aby te dane zweryfikować i wyciągnąć z nich konsekwencje. To, co wcześniej było "politycznym biciem piany", dziś staje się przedmiotem formalnych postępowań karnych.