Gość (5.172.*.*)
Debata na temat tego, ile pieniędzy powinno zostawać w kieszeni przedsiębiorcy, a ile powinno trafiać do wspólnego koszyka, rozpala emocje od pokoleń. Z jednej strony mamy wizję wolnego rynku, gdzie zysk jest nagrodą za ryzyko i innowację, z drugiej – postulaty lewicowe, które kładą nacisk na sprawiedliwość społeczną i solidarność. Aby zrozumieć, dlaczego lewica tak krytycznie patrzy na wysokie zyski, musimy przyjrzeć się fundamentom ich myślenia o gospodarce i społeczeństwie.
W tradycyjnym ujęciu lewicowym, szczególnie tym zakorzenionym w teorii wartości opartej na pracy, zysk nie jest postrzegany jedynie jako efekt genialnego pomysłu właściciela firmy. Lewica argumentuje, że zysk to „wartość dodatkowa” wytworzona przez pracowników, która nie została im wypłacona w formie wynagrodzenia. Z tej perspektywy, jeśli firma generuje ogromne nadwyżki, a płace pracowników stoją w miejscu, dochodzi do pewnego rodzaju nierównowagi.
Współczesna lewica rzadko jednak operuje wyłącznie terminami marksistowskimi. Częściej mówi się o współzależności. Przedsiębiorca nie odnosi sukcesu w próżni. Korzysta z infrastruktury zbudowanej przez państwo (dróg, portów), z systemu edukacji (który wykształcił jego pracowników) oraz z systemu prawnego i bezpieczeństwa. Skoro społeczeństwo dostarczyło „fundamenty” pod biznes, lewica uważa za sprawiedliwe, aby biznes odwdzięczył się większym udziałem w kosztach utrzymania tych fundamentów poprzez progresywne podatki.
Dla środowisk lewicowych wysokie zyski skoncentrowane w rękach nielicznych są sygnałem ostrzegawczym. Dlaczego? Ponieważ ogromne nierówności mają tendencję do destabilizowania państw. Historia pokazuje, że społeczeństwa o bardzo dużych rozpiętościach dochodowych częściej borykają się z przestępczością, gorszym stanem zdrowia publicznego i polaryzacją polityczną.
Postulat dzielenia się zyskiem nie jest więc tylko kwestią „zabierania bogatym”, ale próbą budowy silnej klasy średniej i zapewnienia usług publicznych na wysokim poziomie. Lewica wierzy, że lepiej funkcjonujące społeczeństwo (zdrowsze, lepiej wykształcone) to w dłuższej perspektywie lepsze środowisko dla samego biznesu. Klient z zasobnym portfelem to przecież najlepszy napęd dla gospodarki.
Twierdzenie, że krytyka zysków i chęć ich opodatkowania płynie wyłącznie od osób, które „nie poradziły sobie w życiu”, jest jednym z najpopularniejszych mitów w debacie publicznej. Choć w mediach społecznościowych łatwo znaleźć populistyczne hasła, rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana.
Współcześnie wiele postulatów dotyczących wyższego opodatkowania najbogatszych płynie od... samych najbogatszych. Przykładem może być międzynarodowa grupa Patriotic Millionaires (Patriotyczni Milionerzy), do której należą przedsiębiorcy i inwestorzy. Publicznie apelują oni do rządów o podniesienie im podatków, argumentując, że obecny system promuje ekstremalne nierówności, które zagrażają demokracji i stabilności rynków.
Również znani ekonomiści, tacy jak Thomas Piketty czy Joseph Stiglitz (laureat Nagrody Nobla), którzy odnieśli ogromne sukcesy zawodowe i finansowe, są głównymi architektami argumentacji za większą redystrybucją dóbr. Trudno więc uznać, że są to głosy osób, które nie rozumieją mechanizmów rynkowych.
Warto też zwrócić uwagę na zjawisko zwane „błędem przeżywalności” (survivorship bias). Osoby, które odniosły wielki sukces, często mają tendencję do przeceniania własnych zasług, a niedoceniania roli szczęścia, sprzyjających okoliczności czy pomocy publicznej. Z kolei osoby postulujące zmiany systemowe często widzą te elementy, których system nie dopilnował – np. utalentowanych ludzi, którzy nie mieli kapitału na start lub dostępu do dobrej edukacji.
Krytyka zysków nie zawsze jest więc wymierzona w samą przedsiębiorczość, ale w system, który pozwala na ich kumulację kosztem innych grup społecznych.
Często jako kontrargument dla wysokich podatków podaje się spadek innowacyjności. Tymczasem kraje skandynawskie, takie jak Szwecja czy Dania, które mają jedne z najwyższych obciążeń podatkowych i bardzo rozbudowaną opiekę socjalną, regularnie zajmują czołowe miejsca w rankingach innowacyjności i łatwości prowadzenia biznesu. Pokazuje to, że wysokie podatki i silna lewicowa wrażliwość społeczna nie muszą wykluczać sukcesu gospodarczego – mogą go wręcz wspierać poprzez zapewnienie bezpiecznej siatki dla startujących przedsiębiorców.
Spór o zyski i podatki to w gruncie rzeczy spór o to, jak definiujemy sprawiedliwość.
To, czy dany postulat jest „słuszny”, zależy więc od przyjętego systemu wartości, a nie od stanu konta osoby, która go wygłasza. Debata ta będzie trwać tak długo, jak długo istnieć będzie pieniądz i społeczeństwo.