Gość (37.30.*.*)
Analiza tak kompleksowej reformy systemu podatkowo-składkowego to wyzwanie, które mogłoby zająć cały zespół ekonomistów na kilka miesięcy. Propozycja, którą opisujesz, to w zasadzie całkowite przemodelowanie polskiej gospodarki. Z jednej strony mamy radykalne uproszczenie (likwidacja PIT), a z drugiej – drastyczne podwyżki kosztów życia (jednolity VAT na żywność i leki). Aby odpowiedzieć na pytanie, czy taki system by się „spiął”, musimy rozbić go na czynniki pierwsze, patrząc zarówno na kasę państwa, jak i na portfel statystycznego Kowalskiego.
Likwidacja podatku PIT to ogromna wyrwa w budżecie. Obecnie wpływy z PIT (wraz z udziałami samorządów) to grubo ponad 100 miliardów złotych rocznie. Do tego dochodzi obniżka CIT o 7,5 punktu procentowego, co dodatkowo uszczupla wpływy od firm. Czy nowe źródła dochodów są w stanie to zrekompensować?
Kluczowym elementem jest tutaj jednolity VAT na poziomie 21%. Obecnie w Polsce mamy system stawek: 0% (np. na niektóre produkty żywnościowe okresowo), 5%, 8% i 23%. Podniesienie stawki na żywność, leki, ubranka dziecięce czy transport publiczny z 0-8% do 21% wygenerowałoby gigantyczne wpływy. Z drugiej strony, obniżka głównej stawki z 23% na 21% (elektronika, paliwa, samochody) te wpływy nieco pomniejsza.
Opłata od transferów zagranicznych (0,12%) to rozwiązanie typu „podatek Tobina”. Polska ma ogromne obroty w handlu zagranicznym, więc mogłoby to przynieść kilka-kilkanaście miliardów złotych, ale niesie ze sobą ryzyko ucieczki kapitału i problemów z prawem unijnym dotyczącym swobodnego przepływu kapitału. Z kolei opłata edukacyjna (0,5% od PIT i CIT) przy likwidacji PIT staje się martwym przepisem w odniesieniu do osób fizycznych, chyba że byłaby liczona od przychodu, co de facto byłoby nowym podatkiem dochodowym pod inną nazwą.
Wniosek budżetowy: Istnieje duże prawdopodobieństwo, że bez drastycznych cięć w wydatkach publicznych budżet państwa by się nie zrównoważył. Likwidacja PIT to zbyt duża strata, której 21-procentowy VAT (mimo opodatkowania żywności) oraz drobne opłaty transakcyjne mogłyby nie pokryć w pełni, zwłaszcza biorąc pod uwagę udziały samorządów w podatkach, które nagle by zniknęły.
Dla przeciętnego obywatela taka reforma to prawdziwy rollercoaster. Z jednej strony likwidacja PIT oznacza, że pensja „brutto” staje się niemal pensją „netto” (pomijając składki). To ogromny zastrzyk gotówki co miesiąc. Jednak diabeł tkwi w szczegółach:
Dla osób zarabiających dużo, likwidacja PIT byłaby zbawienna – wzrost cen chleba o 2 zł nie jest dla nich odczuwalny przy zysku kilku tysięcy złotych na podatku dochodowym. Jednak dla osób o niskich dochodach, mimo wzrostu płacy minimalnej, realna siła nabywcza mogłaby spaść przez gigantyczną drożyznę produktów pierwszej potrzeby.
W ekonomii istnieje pojęcie krzywej Laffera. Mówi ona o tym, że podnoszenie stawek podatkowych zwiększa wpływy do budżetu tylko do pewnego momentu. Jeśli VAT na wszystko wyniósłby 21%, mogłoby dojść do rozkwitu „szarej strefy” w handlu żywnością czy usługami, co paradoksalnie mogłoby zmniejszyć wpływy do budżetu zamiast je zwiększyć.
Obniżka CIT o 7,5% to potężny impuls dla firm, który mógłby przyciągnąć zagraniczne inwestycje. Jednak kij ma dwa końce. Gwałtowny wzrost płacy minimalnej w połączeniu z wyższymi składkami ZUS to ogromne obciążenie dla małych i średnich przedsiębiorstw (MŚP). Wiele lokalnych piekarni czy sklepów mogłoby nie przetrwać jednoczesnego skoku kosztów pracy i konieczności doliczania 21% VAT do produktów, które wcześniej sprzedawały taniej.
Opłata od transferów zagranicznych mogłaby również uderzyć w polskie firmy eksportowe, czyniąc ich produkty mniej konkurencyjnymi na rynkach międzynarodowych.
Nie mogę jednoznacznie zweryfikować, czy budżet zamknąłby się „na zero”, ponieważ wymagałoby to dostępu do aktualnych, szczegółowych modeli ekonometrycznych Ministerstwa Finansów, których nie zawiera moja baza wiedzy. Można jednak wysnuć następujące wnioski:
Wprowadzenie tak radykalnych zmian bez okresów przejściowych i ulg (np. na leki) byłoby eksperymentem o bardzo wysokim ryzyku społecznym i gospodarczym. Większość nowoczesnych gospodarek unika jednolitego VAT-u na wszystko właśnie ze względu na ochronę najuboższych grup społecznych.