Gość (83.4.*.*)
Choć nazwa brzmi poważnie, a dla kogoś niezaznajomionego z terminologią literacką może kojarzyć się z jakimś skomplikowanym paragrafem prawnym, zawieszenie niewiary (ang. suspension of disbelief) nie ma absolutnie nic wspólnego z przestępstwem. Wręcz przeciwnie – to zjawisko, bez którego współczesna popkultura, kino i literatura praktycznie przestałyby istnieć. To nie paragraf, lecz psychologiczny pakt, który zawieramy z twórcą, gdy siadamy do oglądania filmu lub czytania książki.
Termin ten został ukuty w 1817 roku przez poetę i filozofa Samuela Taylora Coleridge’a. Sugerował on, że jeśli pisarz potrafi nasycić swoją historię „ludzkim zainteresowaniem i odrobiną prawdy”, czytelnik chętnie zawiesi swój krytycyzm wobec fantastycznych elementów opowieści.
W praktyce oznacza to, że wchodząc do kina na film o superbohaterach, świadomie decydujesz się „zapomnieć” o prawach fizyki. Wiesz, że człowiek nie może latać, a ugryzienie pająka nie daje nadludzkiej siły, ale na te dwie godziny akceptujesz te zasady jako prawdziwe w obrębie przedstawionego świata. Bez tego mechanizmu każda baśń, film science-fiction czy horror wydawałyby nam się po prostu głupie i nielogiczne.
W polskim (i każdym innym) systemie prawnym nie istnieje żaden zapis, który karałby za używanie wyobraźni lub akceptowanie fikcji literackiej. Zawieszenie niewiary to proces czysto wewnętrzny, psychologiczny. Nie wiąże się z oszustwem, składaniem fałszywych zeznań ani zatajaniem prawdy przed organami ścigania.
Można by rzec, że zawieszenie niewiary to „legalna iluzja”. Kiedy magik na scenie przecina kobietę na pół, Twoje zawieszenie niewiary pozwala Ci cieszyć się widowiskiem, zamiast dzwonić na policję z zgłoszeniem morderstwa. Wiesz, że to sztuczka, ale decydujesz się w nią „uwierzyć” dla rozrywki.
Choć zawieszenie niewiary nie jest przestępstwem, może zostać „złamane” przez twórcę. Dzieje się tak wtedy, gdy historia przestaje być spójna wewnętrznie. Jeśli w świecie fantasy, gdzie magia jest rzadkością, nagle każdy problem zostaje rozwiązany czarodziejską różdżką bez wcześniejszego wyjaśnienia, widz może poczuć się oszukany. To nie jest złamanie prawa, ale jest to kardynalny błąd warsztatowy, który sprawia, że przestajemy wierzyć w opowieść i zaczynamy dostrzegać jej sztuczność.
Badania sugerują, że ludzie z natury chcą wierzyć w historie. Nasz mózg jest zaprogramowany na szukanie wzorców i sensu. Kiedy angażujemy się w emocjonalną opowieść, ośrodki w mózgu odpowiedzialne za empatię reagują tak, jakby wydarzenia działy się naprawdę. Dlatego płaczemy na filmach, mimo że doskonale wiemy, iż aktorzy na ekranie mają się świetnie, a krew to tylko syrop kukurydziany z barwnikiem.
Jeśli więc kiedykolwiek poczujesz, że „za bardzo” wkręciłeś się w świat smoków, podróży w czasie czy gadających zwierząt – nie martw się. Twoja wyobraźnia działa prawidłowo, a Ty nie łamiesz żadnego prawa. To po prostu magia opowiadania historii w praktyce.