Gość (37.30.*.*)
Wchodząc do kina, można odnieść wrażenie, że utknęliśmy w pętli czasu. Na plakatach królują cyfry 10, 12, a nawet 15 przy znanych tytułach, a wielkie hity sprzed trzech dekad doczekują się swoich wersji aktorskich lub odświeżonych edycji. Czy to oznacza, że kreatywność w Hollywood oficjalnie umarła, a scenarzyści spędzają dnie na kopiowaniu starych tekstów? Odpowiedź jest znacznie bardziej złożona i ma więcej wspólnego z arkuszami kalkulacyjnymi niż z brakiem wyobraźni u twórców.
Głównym powodem, dla którego w kinach widzimy tyle sequeli, remake’ów i rebootów, nie jest brak pomysłów, lecz gigantyczne ryzyko finansowe. Dzisiejsze superprodukcje kosztują od 200 do nawet 400 milionów dolarów (wliczając marketing). Przy takich kwotach wytwórnie filmowe przestają być mecenasami sztuki, a stają się korporacjami zarządzającymi ryzykiem.
Z perspektywy inwestora znacznie bezpieczniej jest wydać pieniądze na coś, co ma już zbudowaną bazę fanów. To tak zwane "IP" (Intellectual Property – własność intelektualna). Jeśli ludzie kochają Batmana, istnieje ogromna szansa, że pójdą na kolejny film o nim, niezależnie od tego, czy będzie to dziesiąta, czy piętnasta wersja tej samej historii. Nowy, oryginalny scenariusz to wielka niewiadoma – może stać się hitem, ale może też przynieść gigantyczne straty, na które współczesne studia nie chcą sobie pozwalać.
Warto stanąć w obronie samych scenarzystów. W Hollywood co roku powstaje tzw. "The Black List" – zestawienie najlepszych, najbardziej oryginalnych scenariuszy, które nie zostały jeszcze zrealizowane. Lista ta pęka w szwach od genialnych, świeżych i nowatorskich historii. Problem polega na tym, że bardzo trudno jest uzyskać tzw. "zielone światło" na produkcję czegoś, co nie jest częścią większej franczyzy.
Wielu utalentowanych twórców ucieka więc do telewizji i na platformy streamingowe. To właśnie tam – w serialach takich jak "The Bear", "Succession" czy "Beef" – dzieje się obecnie najwięcej pod kątem oryginalności. Kino wielkoekranowe stało się miejscem dla "wydarzeń", a te najłatwiej budować na nostalgii i znanych markach.
Nie bez winy jesteśmy my – widzowie. Statystyki sprzedaży biletów mówią jasno: narzekamy na brak nowości, ale kiedy przychodzi co do czego, kupujemy bilet na kolejną część "Szybkich i Wściekłych" lub aktorską wersję bajki Disneya. Nostalgia to potężne narzędzie marketingowe. Chętniej wracamy do światów, które znamy i które kojarzą nam się z bezpiecznym dzieciństwem, niż ryzykujemy wieczór na filmie, o którym nic nie wiemy.
Studia filmowe doskonale o tym wiedzą i wykorzystują psychologię, serwując nam "comfort movies" – filmy, które nie wymagają od nas poznawania nowych zasad świata przedstawionego, bo już je znamy.
Choć wydaje się, że zalew sequeli to domena ostatnich lat, Hollywood borykało się z tym problemem już dawno. W latach 30. i 40. XX wieku serie takie jak "Tarzan" czy "Sherlock Holmes" miały po kilkanaście odsłon. Różnica polega na tym, że dawniej te filmy były traktowane jako tania rozrywka klasy B, a dziś stanowią główny filar finansowy branży kinowej.
Jeśli czujesz przesyt kolejnymi częściami superbohaterów, rozwiązaniem nie jest czekanie na cud w lokalnym multipleksie, ale zmiana kierunku poszukiwań. Oryginalne kino ma się świetnie, ale przeniosło się do innych nisz:
Podsumowując, scenarzystom nie brakuje pomysłów – brakuje im odważnych producentów, którzy byliby gotowi zaryzykować miliony na coś, co nie ma w tytule znanej marki. Dopóki jako widzowie będziemy nagradzać powtórki swoimi portfelami, Hollywood będzie nam je serwować na złotym talerzu.