Gość (37.30.*.*)
Kiedy myślimy o złotej erze Hollywood, przed oczami staje nam obraz eleganckiego mężczyzny z szklanką w dłoni, nienagannie skrojonym garniturem i uśmiechem, który zdawał się mówić: „nic nie muszę, wszystko mogę”. To właśnie Dean Martin, człowiek, którego okrzyknięto „Królem Luzu” (The King of Cool). Jego kariera to fascynująca podróż od syna włoskich imigrantów do jednej z największych gwiazd show-biznesu w historii. Martin był artystą totalnym: piosenkarzem o aksamitnym głosie, genialnym komikiem i utalentowanym aktorem filmowym.
Zanim świat poznał go jako Deana Martina, urodził się w 1917 roku w Ohio jako Dino Paul Crocetti. Co ciekawe, mały Dino do piątego roku życia mówił niemal wyłącznie po włosku, a angielskiego uczył się dopiero w szkole. Jego droga na szczyt wcale nie była usłana różami. Zanim zaczął śpiewać w klubach, imał się różnych zajęć – był pomocnikiem przy nielegalnych loteriach, pracował w stalowni, a nawet próbował swoich sił w boksie pod pseudonimem „Kid Crochet”.
Przełom nastąpił, gdy zaczął występować w nocnych klubach. Zmienił nazwisko na Dean Martin i zaczął szlifować swój styl wzorowany na ówczesnych idolach, takich jak Bing Crosby. Jednak to nie solowe występy przyniosły mu pierwszą wielką sławę, a spotkanie z pewnym energicznym komikiem.
W 1946 roku Dean Martin połączył siły z Jerrym Lewisem. To było połączenie idealne: Martin grał rolę przystojnego, opanowanego „straight mana”, podczas gdy Lewis był nieobliczalnym, piskliwym klaunem. Ich chemia na scenie była elektryzująca. Razem stali się najpopularniejszym duetem komediowym w Ameryce, występując w radiu, telewizji i w serii hitowych filmów.
Ich współpraca trwała równe dziesięć lat. Choć rozstali się w atmosferze konfliktu (nie rozmawiali ze sobą przez kolejne dwie dekady), to właśnie ten okres ugruntował pozycję Martina jako wielkiej gwiazdy, która potrafi nie tylko śpiewać, ale i bawić tłumy.
Po rozstaniu z Lewisem wielu wróżyło Martinowi koniec kariery, ale on dopiero nabierał rozpędu. Stał się filarem legendarnej grupy Rat Pack, w skład której wchodzili także Frank Sinatra, Sammy Davis Jr., Peter Lawford i Joey Bishop. Byli oni uosobieniem męskiego stylu, luksusu i rozrywkowego życia Las Vegas.
Występy Rat Pack w hotelu Sands stały się legendą. Ich show opierało się na improwizacji, żartach (często z samych siebie) i oczywiście doskonałej muzyce. To właśnie wtedy Dean Martin wypracował swój wizerunek „pijanego czarusia”, który z papierosem w jednej ręce i drinkiem w drugiej, z niezwykłą lekkością wyśpiewywał kolejne hity.
Warto wiedzieć, że sceniczny wizerunek Martina jako wiecznie wstawionego artysty był w dużej mierze wykreowaną rolą. Choć Dean lubił dobre towarzystwo, w jego szklance na scenie najczęściej znajdował się sok jabłkowy lub słaba herbata. Prywatnie był człowiekiem dość skrytym, który ponad głośne imprezy przedkładał grę w golfa i czas spędzony z rodziną.
Muzyczna spuścizna Deana Martina jest ogromna. Jego baryton był ciepły, kojący i niezwykle melodyjny. To on podarował nam takie ponadczasowe przeboje jak:
Martin nie ograniczał się tylko do muzyki pop. Z sukcesami nagrywał płyty country, co pokazywało jego wszechstronność i wyczucie trendów.
Dean Martin udowodnił również, że jest świetnym aktorem dramatycznym. Jego rola w westernie „Rio Bravo” u boku Johna Wayne’a do dziś jest uważana za jedną z najlepszych w jego dorobku. Zagrał tam postać Dude’a – alkoholika szukającego odkupienia, co wymagało od niego dużych umiejętności aktorskich.
W latach 60. i 70. stał się twarzą telewizji dzięki programowi „The Dean Martin Show”. Był to format typu variety show, w którym Martin gościł największe gwiazdy epoki. Program cieszył się ogromną popularnością głównie dzięki swobodnej atmosferze – Dean często nie brał udziału w próbach, co prowadziło do zabawnych, spontanicznych sytuacji na wizji.
Dean Martin zmarł w Boże Narodzenie 1995 roku, ale jego legenda jest wciąż żywa. Pozostaje symbolem czasów, w których elegancja spotykała się z dystansem do samego siebie. Jego piosenki regularnie pojawiają się w filmach i reklamach, a styl bycia wciąż inspiruje kolejne pokolenia artystów.
Dla wielu pozostanie on tym, kim zawsze chciał być – człowiekiem, który sprawiał, że wszystko wydawało się łatwe. Niezależnie od tego, czy śpiewał o miłości w Neapolu, czy żartował z Frankiem Sinatrą na scenie w Vegas, robił to z klasą, której nie da się podrobić.