Gość (37.30.*.*)
Wyobraźmy sobie świat, w którym ewolucja poszła w zupełnie innym kierunku, a ludzki organizm działa według drastycznie zmienionych reguł. Zmiany w tempie regeneracji, gospodarce hormonalnej czy parametrach układu krwionośnego, o które pytasz, nie byłyby tylko drobnymi korektami – całkowicie przedefiniowałyby one pojęcie ludzkiej egzystencji, sportu i medycyny. Przyjrzyjmy się punkt po punkcie, jak wyglądałoby życie w takim „alternatywnym” ciele.
Gdyby urazy mięśni goiły się dwa razy wolniej, a złamania kości aż dwa i pół raza dłużej, nasza relacja z aktywnością fizyczną musiałaby ulec całkowitej zmianie. Obecnie zerwanie więzadła krzyżowego (ACL) wyklucza sportowca z gry na około 6–9 miesięcy. W Twoim scenariuszu oznaczałoby to niemal dwa lata przerwy. Proste złamanie nogi, które normalnie zrasta się w 6 tygodni, tutaj wymagałoby prawie 4 miesięcy unieruchomienia, co prowadziłoby do ogromnych zaników mięśniowych i sztywności stawów.
Dla zawodowych sportowców każda kontuzja byłaby potencjalnym końcem kariery. Ryzyko stałoby się zbyt wysokie, by uprawiać sporty kontaktowe, takie jak piłka nożna, rugby czy MMA. Treningi musiałyby być znacznie mniej intensywne, a nacisk na prewencję urazów stałby się ważniejszy niż same wyniki. Prawdopodobnie żylibyśmy w społeczeństwie znacznie bardziej ostrożnym, unikającym ryzyka fizycznego, ponieważ cena za błąd byłaby zbyt wysoka.
Podwojenie poziomu noradrenaliny, adrenaliny i serotoniny do końca okresu dojrzewania stworzyłoby pokolenie młodych ludzi o niespotykanej dotąd intensywności przeżyć. Adrenalina i noradrenalina to hormony „walcz lub uciekaj”. Ich chronicznie wysoki poziom oznaczałby, że dzieci i nastolatki znajdowałyby się w stanie ciągłego pobudzenia, lęku lub agresji.
Z perspektywy biologicznej, takie obciążenie układu nerwowego mogłoby prowadzić do:
Dojrzewanie byłoby okresem skrajnie wyczerpującym psychicznie i fizycznie, co mogłoby wymusić zupełnie inne podejście do edukacji i wychowania – być może w znacznie spokojniejszym, mniej stymulującym środowisku.
Zwiększenie rozmiaru serca o 3,5% oraz poszerzenie tętnic o 0,25 mm wydaje się na pierwszy rzut oka korzystne. W medycynie sportowej „serce sportowca” to naturalnie powiększony organ, który potrafi pompować więcej krwi przy każdym uderzeniu. Szersze tętnice z kolei oznaczają mniejszy opór naczyniowy, co teoretycznie ułatwia przepływ krwi i dotlenienie tkanek.
Gdyby te cechy połączyć z normalnym ciśnieniem, mielibyśmy do czynienia z ludźmi o fenomenalnej wydolności tlenowej. Jednak w Twoim scenariuszu pojawia się element, który wywraca tę logikę do góry nogami.
Tutaj dochodzimy do punktu, który jest najbardziej krytyczny. Przeciętne ciśnienie skurczowe na poziomie 10 mmHg i rozkurczowe 5 mmHg jest niekompatybilne z ludzkim życiem w obecnej formie. Dla porównania, prawidłowe ciśnienie to około 120/80 mmHg.
Dlaczego 10/5 mmHg to wyrok śmierci?
Ciekawostka: Niektóre zwierzęta, jak np. żyrafy, mają ciśnienie skurczowe sięgające 280 mmHg, aby wpompować krew na wysokość kilku metrów do mózgu. Człowiek z ciśnieniem 10 mmHg musiałby prawdopodobnie żyć w środowisku wodnym (gdzie wyporność niweluje wpływ grawitacji) lub mieć budowę ciała zbliżoną do płaskiego organizmu pełzającego przy ziemi.
Gdybyśmy spróbowali połączyć te wszystkie cechy, otrzymalibyśmy istotę, która:
W takim scenariuszu sportowcy w ogóle by nie istnieli. Ludzkość musiałaby drastycznie zwolnić tempo życia, prawdopodobnie spędzając większość czasu w pozycji leżącej, aby utrzymać minimalny przepływ krwi do mózgu. Ewolucja musiałaby też całkowicie przebudować nasze nerki i system dostarczania tlenu do komórek, ponieważ przy ciśnieniu 10/5 mmHg obecny model ludzkiej biologii po prostu przestaje działać.