Gość (37.30.*.*)
Każdy z nas przynajmniej raz w życiu użył lub usłyszał powiedzenie „koń by się uśmiał”. Rzucamy je zazwyczaj wtedy, gdy ktoś opowie wyjątkowo suchy żart, przedstawi absurdalny pomysł albo gdy sytuacja, w której się znaleźliśmy, jest tak niedorzeczna, że aż opadają ręce. Ale dlaczego w polszczyźnie to akurat to dumne, kopytne zwierzę stało się symbolem prześmiewczej reakcji na ludzką głupotę? Okazuje się, że odpowiedź kryje się zarówno w biologii, jak i w naszej narodowej historii.
Zacznijmy od biologii, bo to ona dostarcza najbardziej namacalnego dowodu na to, dlaczego przypisujemy koniom umiejętność „śmiania się”. Jeśli kiedykolwiek widziałeś konia, który nagle zadziera głowę do góry, wyciąga szyję i wysoko podwija górną wargę, odsłaniając przy tym całe uzębienie, mogłeś odnieść wrażenie, że zwierzę właśnie usłyszało najlepszy dowcip świata.
W rzeczywistości ten specyficzny „uśmiech” to tzw. reakcja flehmena (od niemieckiego słowa flehmen, czyli obnażać górne zęby). Koń wcale się wtedy nie śmieje, lecz... intensywnie wącha. Podwijając wargę, zwierzę blokuje dopływ powietrza przez nozdrza i kieruje cząsteczki zapachowe (np. feromony) bezpośrednio do narządu Jacobsona (narządu lemieszowo-nosowego) znajdującego się na podniebieniu. Pomaga mu to w analizie zapachów – na przykład ogierom w ocenie, czy klacz w okolicy jest gotowa do rozrodu.
Dla ludzkiego oka ten grymas wygląda jednak niezwykle komicznie i do złudzenia przypomina szeroki, wręcz kpiący uśmiech. To właśnie to zjawisko fizjologiczne dało solidne podstawy do utrwalenia się tego frazeologizmu w naszej mowie.
Kolejnym powodem, dla którego to właśnie koń kojarzy nam się ze śmiechem, jest wydawany przez niego dźwięk oraz ziewanie. Kiedy koń ziewa, otwiera pysk bardzo szeroko, co z profilu wygląda jak spazmatyczny wybuch śmiechu.
Z kolei końskie rżenie – głośne, drżące i wysokie – bardzo przypomina ludzki, nieskrępowany chichot. Nie bez powodu w języku polskim funkcjonuje również inne popularne określenie: „rżeć ze śmiechu”. Kiedy ktoś śmieje się głośno, wręcz histerycznie i mało elegancko, mówimy, że „rży”. Połączenie widoku odsłoniętych zębów podczas reakcji flehmena z dźwiękiem donośnego rżenia sprawiło, że koń stał się naturalnym kandydatem na klasycznego „szydercę” świata zwierząt.
Aby w pełni zrozumieć ten frazeologizm, warto też spojrzeć na niego przez pryzmat kulturowy. W dawnej Polsce koń nie był po prostu zwykłym zwierzęciem gospodarskim. Był symbolem statusu, dumy narodowej, nieodłącznym towarzyszem husarii, szlachty oraz kluczowym pomocnikiem w ciężkiej pracy na roli. Konie traktowano z ogromnym szacunkiem, przypisując im mądrość, powagę i godność.
I tu pojawia się genialny mechanizm językowy oparty na kontraście. Skoro koń – zwierzę tak dostojne, poważne i z natury milczące – miałby nagle zacząć się śmiać, to sytuacja, która go do tego skłoniła, musi być absolutnym szczytem niedorzeczności. Powiedzenie „koń by się uśmiał” ma więc wydźwięk głęboko ironiczny. Sugeruje, że dana sprawa lub pomysł są tak głupie, iż nawet najbardziej stateczne i poważne stworzenie nie wytrzymałoby powagi i parsknęło śmiechem.
Co ciekawe, Polacy nie są jedynymi, którzy angażują zwierzęta do oceny poziomu absurdu, choć u innych narodów role te bywają obsadzane inaczej:
To pokazuje, że każda kultura wybierała zwierzę, które było jej najbliższe lub którego zachowanie i wygląd najlepiej pasowały do zobrazowania kpiącej reakcji. W Polsce, ze względu na naszą bogatą historię jeździecką i kult konia, wybór mógł być tylko jeden.
Skoro już jesteśmy przy koniach, warto wspomnieć o innym popularnym powiedzeniu, które często rozumiemy zbyt dosłownie: „znamy się jak łyse konie”.
Czy zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego koń miałby być łysy? Przecież te zwierzęta słyną z bujnych grzyw i ogonów! W dawnej polszczyźnie słowo „łysy” w odniesieniu do koni wcale nie oznaczało braku owłosienia. „Łysym koniem” nazywano wierzchowca, który miał na czole charakterystyczną, białą plamę (odmianę zwaną łysiną). Ponieważ takie konie były bardzo charakterystyczne i łatwe do rozpoznania z daleka nawet w dużym stadzie, powiedzenie to zaczęło oznaczać doskonałą, bezbłędną znajomość drugiej osoby.
Następnym razem, gdy usłyszysz wyjątkowo słaby żart i skomentujesz go kultowym „koń by się uśmiał”, pomyśl o reakcji flehmena i o tym, jak bogata historia kryje się za tymi czterema prostymi słowami!