Gość (37.30.*.*)
Wielu z nas, przeglądając biblioteki platform streamingowych, ma nieodparte wrażenie, że „już to gdzieś widzieliśmy”. Ten sam schemat bohatera, podobna kolorystyka kadrów, a nawet niemal identyczna struktura odcinka. To zjawisko nie jest jedynie złudzeniem marudnego widza – to efekt głębokich zmian w sposobie, w jaki współczesna popkultura jest tworzona, dystrybuowana i oceniana. Rozwój internetu przyniósł nam nieograniczony dostęp do rozrywki, ale jednocześnie wyposażył producentów w narzędzia, które paradoksalnie mogą hamować ich kreatywność.
Głównym winowajcą poczucia powtarzalności jest tzw. „data-driven production”, czyli tworzenie treści w oparciu o twarde dane. W dobie internetu serwisy streamingowe wiedzą o nas wszystko: w którym momencie wyłączamy odcinek, jakie wątki przewijamy i którzy aktorzy zatrzymują nas przed ekranem najdłużej. Algorytmy analizują te informacje i podpowiadają producentom bezpieczne rozwiązania.
Zamiast ryzykować miliony dolarów na kompletnie nowy, dziwny pomysł, wytwórnie wolą postawić na to, co już raz zadziałało. Jeśli statystyki pokazują, że thrillery psychologiczne z kobietą w roli głównej i mrocznym sekretem z przeszłości cieszą się ogromną popularnością, rynek zostanie zalany niemal identycznymi produkcjami. To nie tyle strach przed eksperymentowaniem, co chłodna kalkulacja biznesowa. W świecie, gdzie konkurencja jest gigantyczna, porażka jednego drogiego serialu może oznaczać koniec danej linii produkcyjnej.
Często zauważamy, że produkcje wychodzące spod ręki jednego giganta (np. Shondaland, Ryan Murphy Productions czy Dick Wolf) są do siebie uderzająco podobne. To zjawisko ma dwa podłoża. Po pierwsze, jest to kwestia budowania marki. Widz, włączając nowy serial Ryana Murphy’ego, spodziewa się konkretnej estetyki, kampu i specyficznej dynamiki postaci. Producent dostarcza mu to, za co widz go „kupił”.
Po drugie, duże grupy producenckie wypracowują własne procesy technologiczne i scenariuszowe, które przyspieszają pracę. Używanie tych samych ekip technicznych, scenografów czy stałej puli aktorów sprawia, że seriale wizualnie zlewają się w jedno. W efekcie, niezależnie od tego, czy akcja dzieje się w szpitalu, czy w remizie strażackiej, tempo akcji i sposób prowadzenia dialogów pozostają identyczne. Dla stacji telewizyjnych i platform streamingowych taki „gotowiec” to gwarancja stabilnej oglądalności przy przewidywalnych kosztach.
Mimo dominacji algorytmów i bezpiecznych schematów, twierdzenie, że seriale pozaschematyczne przestały powstawać, byłoby mitem. Wręcz przeciwnie – internet stał się również miejscem, gdzie niszowe produkcje mogą znaleźć swoją wierną publiczność, co dawniej w tradycyjnej telewizji było niemożliwe.
Seriale takie jak „The Bear”, „Severance” (Rozdzielenie), „Beef” (Awantura) czy „Succession” (Sukcesja) udowadniają, że wciąż jest miejsce na świeże podejście do narracji, nietypowy montaż i łamanie klasycznych struktur. Często to właśnie te „dziwne” i ryzykowne projekty zdobywają najważniejsze nagrody, takie jak Emmy czy Złote Globy, co z kolei zmusza wielkich graczy do dawania zielonego światła przynajmniej kilku ambitniejszym projektom rocznie w celu budowania prestiżu marki.
Czy wiesz, że dla platform streamingowych kluczowe są pierwsze dwie minuty pierwszego odcinka? To właśnie w tym krótkim czasie algorytmy oceniają, czy serial „chwycił”. Jeśli duży odsetek widzów wyłącza produkcję przed upływem tego czasu, system uznaje ją za nieatrakcyjną. To dlatego współczesne seriale często zaczynają się od trzęsienia ziemi lub szokującej sceny (tzw. cold open), co jest kolejnym wymuszonym schematem mającym na celu zatrzymanie nas przed ekranem.
Jeśli czujesz przesyt powtarzalnością, warto skierować wzrok w stronę mniejszych studiów produkcyjnych (takich jak A24) lub platform, które stawiają na jakość, a nie na ilość (np. HBO czy Apple TV+). Często to właśnie tam twórcy dostają większą swobodę artystyczną, a algorytm schodzi na dalszy plan, ustępując miejsca wizji reżyserskiej.
Podsumowując, choć internet i dane statystyczne promują powtarzalność i bezpieczne schematy, rynek seriali wciąż oferuje perełki dla wymagającego widza. Wyzwaniem nie jest brak kreatywności twórców, ale przebicie się przez szum informacyjny i algorytmy, które za wszelką cenę chcą nam podsunąć to, co już dobrze znamy.