Gość (37.30.*.*)
To pytanie trafia w sam środek jednej z największych debat o przyszłości zarządzania państwem. Z jednej strony mamy kuszącą wizję, w której skomplikowane problemy rozwiązywane są przez najmądrzejszych i najbardziej kompetentnych. Z drugiej, realny problem, który słusznie zauważasz: eksperci to też ludzie, a ich wiedza często miesza się z ideologią.
Czy technokracja byłaby dobrym rozwiązaniem? Aby odpowiedzieć, musimy zestawić idealne założenia tego systemu z jego potencjalnymi, bardzo realnymi zagrożeniami.
Technokracja to koncepcja ustroju społecznego, w którym władzę sprawowaliby technicy, eksperci, organizatorzy i kierownicy produkcji. Jej zwolennicy wychodzą z założenia, że decyzje powinny być kierowane wyłącznie regułami czysto technicznymi, pozbawionymi charakteru politycznego i ideologicznego.
W idealnym świecie technokrata to specjalista, który koncentruje się na jednym obszarze wiedzy, przesiewa wszystkie dostępne dane i wykorzystuje to, co zostało, do jak najlepszego rozwiązania problemu. Celem jest maksymalna mierzalna efektywność, a nie interesy partyjne czy doraźne obietnice polityczne. Brzmi to jak idealna odtrutka na niekompetencję i partyjniactwo, które często obserwujemy w demokracjach.
Problem, który poruszasz, jest kluczowy: co się dzieje, gdy ekspert, który ma być „czysto techniczny”, w rzeczywistości ma swoje ukryte założenia, wartości lub po prostu ulega presji ideologicznej?
Ideologia technokratyczna zakłada, że nauka i technika w wystarczającym stopniu oferują wartości, cele i środki potrzebne społeczeństwu. W praktyce jednak:
Twoje spostrzeżenie, że nauka opiera się na sceptycyzmie, jest absolutnie trafne. Nauka rozwija się dzięki ciągłej debacie, kwestionowaniu istniejących teorii i marginalizowaniu tych, które nie wytrzymują próby dowodów.
W technokracji istnieje ogromne ryzyko, że ten naturalny naukowy proces zostanie stłumiony. Jeśli władzę sprawuje grupa ekspertów, a ich decyzje są przedstawiane jako jedyne "racjonalne" i "naukowe" (jak w przykładzie o klimacie), to:
Technokracja jest kuszącą wizją w czasach złożonych problemów, ale w kontekście ideologizacji ekspertów, o której piszesz, nie byłaby dobrym rozwiązaniem.
Zamiast eliminować ideologię, technokracja mogłaby ją zinstytucjonalizować. W takim systemie ideologia dominującej grupy ekspertów zostałaby przebrana za "obiektywną konieczność techniczną". To, co dziś jest przedmiotem, choćby burzliwej, debaty publicznej i naukowej, w technokracji stałoby się niepodważalnym rozkazem, wydanym w imię Nauki, a wszelki sceptycyzm byłby tłumiony jako niekompetencja lub demagogia.
W rezultacie, technokracja nie rozwiązuje problemu ideologicznego uprzedzenia, lecz przenosi go z areny politycznej na arenę "ekspercką," czyniąc go znacznie trudniejszym do zakwestionowania i skorygowania. Alternatywa, którą sugerują niektórzy krytycy, to nie rządy ekspertów, ale pokora wobec procesu społecznego i tolerancja dla innych opinii, co jest esencją wolności i debaty.