Gość (83.4.*.*)
Tragedia na Mount Everest z 10 maja 1996 roku to jedno z najbardziej wstrząsających i najlepiej udokumentowanych wydarzeń w historii himalaizmu. Przez lata była symbolem starcia ludzkiej ambicji z bezlitosną potęgą natury. Tego dnia, w wyniku splotu nieszczęśliwych wypadków, błędnych decyzji i gwałtownego załamania pogody, na najwyższej górze świata zginęło osiem osób, w tym doświadczeni kierownicy wypraw komercyjnych – Rob Hall i Scott Fischer. Aby zrozumieć, dlaczego doszło do tak wielkiej katastrofy, musimy przyjrzeć się zarówno czynnikom ludzkim, jak i siłom przyrody.
Analizując wydarzenia z 1996 roku, eksperci wskazują, że nie było jednej, głównej przyczyny. Była to raczej „lawina” drobnych błędów, które skumulowały się w strefie śmierci.
W himalaizmie istnieje żelazna zasada: jeśli nie dotrzesz na szczyt do określonej godziny (zazwyczaj 13:00 lub 14:00), musisz zawrócić, bez względu na to, jak blisko wierzchołka jesteś. 10 maja 1996 roku wielu wspinaczy, w tym sami liderzy, zignorowało tę zasadę. Niektórzy stanęli na szczycie dopiero po godzinie 16:00, co oznaczało, że schodzili w ciemnościach, przy skrajnym wyczerpaniu i kończącym się zapasie tlenu.
W tamtym roku na Evereście znajdowało się wyjątkowo dużo wypraw. W kluczowych miejscach, takich jak Uskok Hillary’ego (Hillary Step), tworzyły się zatory. Wspinacze musieli czekać w kolejkach na mrozie, tracąc cenny czas i tlen z butli. Opóźnienia te sprawiły, że gdy uderzyła burza, większość osób wciąż znajdowała się na dużej wysokości, zamiast być bezpiecznie w obozie IV.
Mount Everest słynie z nieprzewidywalności, ale burza, która uderzyła po południu 10 maja, była wyjątkowo gwałtowna. Nagły spadek temperatury, widoczność ograniczona niemal do zera i wiatr o sile huraganu sprawiły, że wspinacze stracili orientację. Wiele osób nie było w stanie odnaleźć drogi do namiotów na Przełęczy Południowej, mimo że znajdowały się one zaledwie kilkaset metrów od nich.
W 1996 roku rynek wypraw komercyjnych dopiero się rozwijał. Rob Hall (Adventure Consultants) i Scott Fischer (Mountain Madness) konkurowali o klientów i prestiż. Obecność dziennikarzy, w tym Jona Krakauera piszącego dla magazynu „Outside”, wywierała dodatkową presję na liderach, by za wszelką cenę wprowadzić klientów na szczyt i odnieść sukces marketingowy.
Tragedia ta odbiła się szerokim echem w mediach na całym świecie i na zawsze zmieniła sposób, w jaki patrzymy na komercyjne wspinanie.
W ciągu zaledwie kilkunastu godzin życie straciło 8 osób z różnych wypraw. Do końca sezonu 1996 liczba ofiar na Evereście wzrosła do 12, co czyniło go wówczas najtragiczniejszym rokiem w historii góry (rekord ten został pobity dopiero w 2014 i 2015 roku). Śmierć Roba Halla, który do końca pozostał przy swoim kliencie Dougu Hansenie, stała się jednym z najbardziej poruszających symboli tej tragedii.
Po 1996 roku świat zaczął zadawać trudne pytania: czy góry wysokie są miejscem dla amatorów, którzy płacą dziesiątki tysięcy dolarów za wprowadzenie na szczyt? Czy przewodnicy są w stanie zapewnić bezpieczeństwo w ekstremalnych warunkach? Dyskusja ta trwa do dziś, zwłaszcza w kontekście coraz większych tłumów pod Everestem.
Tragedia stała się inspiracją dla wielu książek. Najsłynniejszą z nich jest „Wszystko za Everest” (ang. Into Thin Air) Jona Krakauera, która stała się światowym bestsellerem. Inną perspektywę przedstawił Anatoli Boukreev w książce „Wspinaczka”, broniąc swoich decyzji podjętych podczas akcji ratunkowej. W 2015 roku do kin wszedł wysokobudżetowy film „Everest”, który wiernie odwzorowuje tamte wydarzenia.
Jednym z pozytywnych skutków tragedii był ogromny postęp w systemach prognozowania pogody dla himalaistów. Dzisiejsze wyprawy korzystają z niezwykle precyzyjnych danych satelitarnych, co pozwala unikać wychodzenia w górę, gdy zbliża się załamanie aury. Poprawiono również systemy łączności oraz logistykę dostarczania tlenu.
Jednym z najbardziej rozdzierających serce momentów tragedii była rozmowa radiowa Roba Halla z jego ciężarną żoną, Jan Arnold. Hall, uwięziony wysoko na grani, wiedząc, że nie przeżyje nocy, zdołał połączyć się z domem w Nowej Zelandii przez telefon satelitarny przekierowany przez radiotelefon. Jego ostatnie słowa do żony brzmiały: „Śpij dobrze, moja kochanie. Proszę, nie martw się za bardzo”.
Tragedia z 1996 roku pozostaje przestrogą dla każdego, kto marzy o zdobyciu najwyższych szczytów. Przypomina, że na wysokości 8000 metrów to nie człowiek, lecz góra dyktuje warunki, a błędy popełnione w euforii zdobywania szczytu bywają nieodwracalne w skutkach.