Gość (37.30.*.*)
Kiedy spoglądamy w nocne niebo, trudno nie zadać sobie pytania: „Czy tam ktoś jest?”. Od dziesięcioleci astronomowie i astrobiolodzy przeczesują kosmos w poszukiwaniu śladów obcych cywilizacji lub choćby najprostszych bakterii. Często jednak spotykamy się z krytyką, że nasze poszukiwania są zbyt „ziemiocentryczne”. Szukamy planet skalistych, obecności tlenu i przede wszystkim wody w stanie ciekłym. Dlaczego ograniczamy się do schematu, który znamy z własnego podwórka, zamiast wyobrazić sobie istoty zbudowane z krzemu, oddychające metanem lub żyjące wewnątrz gwiazd? Odpowiedź jest bardziej pragmatyczna, niż mogłoby się wydawać.
W nauce istnieje pojęcie znane jako efekt latarni. Jeśli zgubisz klucze w nocy, najpierw szukasz ich tam, gdzie pada światło, bo tylko tam masz szansę je dostrzec. Podobnie jest z poszukiwaniem życia w kosmosie. Ziemia to jedyny znany nam przykład miejsca, w którym rozwinęło się życie. Stanowi ona nasz jedyny punkt odniesienia, czyli tzw. „próbę statystyczną równą jeden”.
Szukając warunków podobnych do ziemskich, nie twierdzimy, że inne formy życia są niemożliwe. Po prostu wiemy, że model oparty na węglu i wodzie działa. Inwestując miliardy dolarów w teleskopy takie jak James Webb, naukowcy wolą celować w parametry, które na 100% sprzyjają biologii, zamiast strzelać w ciemno, szukając czegoś, czego nawet nie potrafilibyśmy rozpoznać.
Często w literaturze science-fiction pojawiają się istoty oparte na krzemie. Choć brzmi to fascynująco, chemia jest bezlitosna. Węgiel to prawdziwy „król klocków LEGO” w świecie pierwiastków. Potrafi tworzyć stabilne i niezwykle skomplikowane wiązania z innymi pierwiastkami, co pozwala na budowę długich łańcuchów DNA i białek.
Krzem, choć leży w tej samej grupie układu okresowego, ma kilka istotnych wad:
Ciekawostka: Choć krzem wydaje się gorszym kandydatem, naukowcy z Caltech zdołali w 2016 roku wyhodować białka, które tworzyły wiązania krzemowo-węglowe. Pokazuje to, że natura potrafi być elastyczna, ale węgiel wciąż pozostaje najbardziej wydajnym fundamentem życia.
Woda jest kolejnym „świętym Graalem” astrobiologii. Jej unikalność polega na tym, że jest płynna w szerokim zakresie temperatur, które są jednocześnie bezpieczne dla złożonych cząsteczek organicznych. Woda jest polarna, co oznacza, że świetnie rozpuszcza substancje odżywcze i transportuje je do komórek.
Inne substancje, jak ciekły amoniak czy metan (obecny np. na Tytanie, księżycu Saturna), również mogłyby pełnić rolę rozpuszczalnika. Jednak wymagają one ekstremalnie niskich temperatur, w których reakcje chemiczne zachodzą bardzo powoli. Życie oparte na metanie musiałoby ewoluować miliardy lat dłużej niż ziemskie, by osiągnąć podobny stopień złożoności.
Największym wyzwaniem w poszukiwaniu życia, które nie przypomina ziemskiego, jest to, że moglibyśmy je mieć przed oczami i go nie zauważyć. Nasze instrumenty pomiarowe są zaprojektowane do wykrywania konkretnych biosygnatur: tlenu, metanu, ozonu czy chlorofilu.
Jeśli na odległej planecie żyłyby istoty będące inteligentnymi chmurami gazu lub formami czystej energii, nie mamy obecnie technologii, która pozwoliłaby odróżnić ich obecność od naturalnych procesów fizycznych czy chemicznych zachodzących w kosmosie. Szukamy więc „ziemskich” śladów, bo to jedyne „odciski palców”, które potrafimy zidentyfikować.
Mimo skupienia na planetach typu ziemskiego, nauka nie zamyka się całkowicie na inne możliwości. NASA i inne agencje kosmiczne badają tzw. „egzotyczną biochemię”.
Podsumowując, nasze założenie o podobieństwie życia w kosmosie do tego na Ziemi nie wynika z braku wyobraźni, ale z chłodnej kalkulacji prawdopodobieństwa i ograniczeń technologicznych. Szukamy tego, co znamy, bo to daje nam największą szansę na sukces w nieskończonym oceanie gwiazd. Jeśli jednak kiedykolwiek natrafimy na coś zupełnie innego, będzie to wymagało od nas przedefiniowania nie tylko biologii, ale i samej koncepcji tego, co uznajemy za „żywe”.