Gość (37.30.*.*)
Dyskusje o sprawiedliwości systemów podatkowych często przypominają przeciąganie liny między zwolennikami prostoty a obrońcami progresji. Postawiony problem dotyczy fundamentalnego mechanizmu ekonomicznego: różnicy między kwotą podatku wyrażoną w złotówkach a obciążeniem podatkowym wyrażonym jako procent dochodu. Choć na pierwszy rzut oka zwolnienie z podatku dochodowego (PIT) wydaje się ogromnym zastrzykiem gotówki, diabeł tkwi w tym, co dzieje się z tymi pieniędzmi później.
W ekonomii podatki dzielimy na progresywne (stawka rośnie wraz z dochodem), proporcjonalne (wszyscy płacą ten sam procent) oraz regresywne. VAT, mimo że ma jedną stawkę dla wszystkich, w praktyce działa regresywnie. Oznacza to, że im mniej zarabiasz, tym większą część swojego całkowitego budżetu oddajesz państwu w formie tego podatku.
Dzieje się tak, ponieważ osoby najuboższe wykazują tzw. wysoką krańcową skłonność do konsumpcji. Mówiąc prościej: wydają wszystko, co zarobią, na bieżące potrzeby, takie jak jedzenie, środki czystości czy ubrania. Osoby zamożne natomiast znaczną część swoich dochodów oszczędzają lub inwestują, a od oszczędności i inwestycji (na etapie ich gromadzenia) podatku VAT się nie płaci.
Aby zrozumieć, dlaczego twierdzi się, że osoby najuboższe płacą proporcjonalnie więcej, przyjrzyjmy się prostemu modelowi matematycznemu. Załóżmy, że mamy system z jedną stawką VAT 20% i brakiem podatku PIT dla najmniej zarabiających.
Scenariusz A: Osoba zarabiająca płacę minimalną
Scenariusz B: Osoba zamożna
Jak widać, mimo że osoba zamożna wpłaciła do budżetu kwotowo więcej (1666 zł vs 666 zł), to dla jej budżetu domowego podatek ten był dwa razy mniej odczuwalny niż dla osoby najuboższej. To właśnie jest sedno argumentu o proporcjonalnie większym obciążeniu.
To najczęstszy kontrargument. Zwolnienie z PIT faktycznie zwiększa dochód rozporządzalny (pieniądze "na rękę"). Jednak w systemie z jedną, wysoką stawką VAT na wszystko (w tym na żywność i leki, które obecnie często mają obniżone stawki np. 5% lub 8%), koszty życia osób najuboższych drastycznie rosną.
Obecnie w wielu krajach system podatkowy jest "amortyzowany" przez zróżnicowane stawki VAT. Jeśli wprowadzilibyśmy jedną, wysoką stawkę (np. 20-23%) na produkty podstawowe, to wzrost cen chleba, mleka czy leków mógłby z nawiązką "zjeść" korzyść wynikającą z braku podatku PIT. Dla osoby o niskich dochodach, która 60-70% budżetu wydaje na żywność i opłaty, ujednolicenie stawek VAT jest znacznie bardziej dotkliwe niż dla kogoś, kto na jedzenie wydaje tylko 10% swoich zarobków.
Warto zauważyć, że VAT jest podatkiem "ukrytym" w cenie, co sprawia, że jest mniej bolesny psychologicznie niż PIT, który widzimy jako potrącenie z wypłaty. Jednak z punktu widzenia ekonomii, to właśnie VAT najskuteczniej drenuje portfele osób, które nie mają nadwyżek finansowych. W ekonomii behawioralnej zauważa się, że ludzie często popierają zniesienie PIT kosztem wyższego VAT-u, nie zdając sobie sprawy, że w skali roku oddadzą państwu więcej pieniędzy w kasach supermarketów niż wcześniej w deklaracji podatkowej.
Kiedy ekonomiści mówią o "sprawiedliwości pionowej" systemu podatkowego, mają na myśli zasadę, według której osoby o większych możliwościach płatniczych powinny ponosić relatywnie większy ciężar utrzymania państwa. System oparty głównie na wysokim, jednolitym podatku konsumpcyjnym odwraca tę zasadę.
Nawet jeśli osoba najuboższa ma więcej pieniędzy dzięki brakowi PIT, to każda wydana przez nią złotówka jest opodatkowana, podczas gdy złotówki oszczędzane przez bogatszych pozostają nieopodatkowane do momentu ich wydania (co może nastąpić za wiele lat lub wcale, jeśli zostaną przekazane w spadku). To właśnie ta dysproporcja w możliwościach unikania opodatkowania poprzez oszczędności sprawia, że systemy oparte na VAT są uznawane za mniej korzystne dla najbiedniejszych.