Gość (37.30.*.*)
Wielu pracodawców i menedżerów, patrząc na gąszcz przepisów dotyczących równego traktowania, zadaje sobie to samo pytanie: po co to wszystko, skoro na końcu i tak decyduje subiektywne wrażenie? Wydawać by się mogło, że to tylko dodatkowe formularze, procedury i konieczność uważania na każde słowo podczas rozmowy. Jednak rzeczywistość pokazuje, że zasady te nie powstały tylko po to, by chronić kandydatów, ale również po to, by realnie wspierać biznes i chronić samych rekrutujących.
Z punktu widzenia polskiego Kodeksu pracy (Art. 18(3a) i następne), równe traktowanie w zatrudnieniu jest obowiązkiem. Oznacza to zakaz dyskryminacji ze względu na płeć, wiek, niepełnosprawność, rasę, religię, narodowość, przekonania polityczne, przynależność związkową, pochodzenie etniczne, wyznanie czy orientację seksualną.
Choć ostateczna decyzja o zatrudnieniu zawsze należy do pracodawcy, wymogi te narzucają pewien rygor, który ma zapobiegać odrzucaniu wartościowych talentów z powodów zupełnie niezwiązanych z ich kompetencjami. Z perspektywy firmy, równe traktowanie to nie tylko "bezpiecznik" prawny, ale przede wszystkim mechanizm optymalizujący wybór najlepszego pracownika.
Kiedy proces rekrutacyjny jest ustrukturyzowany i oparty na jasnych kryteriach, pracodawca zyskuje narzędzia do walki z własnymi uprzedzeniami (często nieuświadomionymi). Psychologia biznesu wskazuje na szereg błędów poznawczych, które mogą prowadzić do fatalnych decyzji kadrowych:
Wprowadzenie wymogów równego traktowania wymusza stosowanie np. ujednoliconych pytań dla wszystkich kandydatów czy kart ocen. Dzięki temu decyzja o zatrudnieniu staje się bardziej merytoryczna, a mniej emocjonalna.
W niektórych dużych korporacjach stosuje się tzw. "blind recruitment" (ślepa rekrutacja), gdzie z CV usuwa się imię, nazwisko, wiek, a czasem nawet nazwę uczelni. Statystyki pokazują, że w takich przypadkach do etapu rozmów kwalifikacyjnych przechodzi znacznie bardziej zróżnicowana grupa osób, a finalne wybory okazują się trafniejsze pod kątem umiejętności twardych.
Patrząc na sprawę czysto pragmatycznie – ignorowanie zasad równego traktowania to stąpanie po cienkim lodzie. W polskim prawie pracy obowiązuje specyficzny rozkład ciężaru dowodu. Jeśli kandydat uprawdopodobni, że doszło do dyskryminacji, to pracodawca musi udowodnić, że kierował się obiektywnymi przesłankami.
Brak jasnych procedur i dokumentacji z procesu rekrutacji sprawia, że firma staje się bezbronna w sądzie. Odszkodowania za naruszenie zasady równego traktowania nie mogą być niższe niż minimalne wynagrodzenie za pracę, ale nie mają określonej górnej granicy. Do tego dochodzi ryzyko "kryzysu wizerunkowego" w mediach społecznościowych, co w dobie walki o talenty może skutecznie zniechęcić innych specjalistów do aplikowania.
Wymogi dotyczące równego traktowania to fundament budowania tzw. różnorodności (Diversity & Inclusion). Liczne badania (m.in. firmy McKinsey) potwierdzają, że zróżnicowane zespoły są bardziej innowacyjne i osiągają lepsze wyniki finansowe.
Osoby o różnym pochodzeniu, w różnym wieku i z różnymi doświadczeniami życiowymi patrzą na problemy z wielu perspektyw. Jeśli proces rekrutacyjny byłby "wolną amerykanką", firmy naturalnie dążyłyby do tworzenia homogenicznych grup (ludzi myślących tak samo). To prowadzi do zjawiska "myślenia grupowego", które zabija kreatywność i utrudnia znajdowanie nieszablonowych rozwiązań.
Wymogi równego traktowania nie są więc jedynie "generowaniem zbędnej pracy". To inwestycja w jakość kapitału ludzkiego. Choć na pierwszy rzut oka mogą wydawać się uciążliwe, w dłuższej perspektywie chronią pracodawcę przed kosztownymi błędami rekrutacyjnymi i budują kulturę organizacyjną opartą na merytokracji, a nie na uprzedzeniach.