Gość (37.30.*.*)
Temat równości w zatrudnieniu od lat budzi ogromne emocje, dzieląc opinię publiczną na zwolenników aktywnego wspierania mniejszości oraz obrońców czystej merytokracji. W centrum tego sporu stoi pytanie: czy dbanie o to, by nikt nie był wykluczony, nie uderza rykoszetem w osoby o najwyższych kwalifikacjach, które po prostu nie wpisują się w aktualne trendy różnorodności? Aby zrozumieć ten mechanizm, musimy przyjrzeć się różnicy między brakiem dyskryminacji a tzw. akcją afirmatywną oraz temu, jak realnie wyglądają procesy rekrutacyjne w nowoczesnych firmach.
Wielu krytyków polityki różnorodności (często określanej skrótem DEI – Diversity, Equity, and Inclusion) argumentuje, że rynek pracy to gra o sumie zerowej. Jeśli jedno miejsce przy stole rezerwujemy dla przedstawiciela konkretnej grupy, to automatycznie odbieramy je komuś innemu, kto być może wypracował lepsze wyniki. Z tej perspektywy wymóg niedyskryminowania może być postrzegany jako ukryta forma faworyzowania.
Warto jednak odróżnić dwa pojęcia. Niedyskryminacja to prawny i etyczny wymóg oceniania kandydatów wyłącznie na podstawie ich umiejętności, bez względu na płeć, wiek czy pochodzenie. Ma ona na celu usunięcie barier, które sprawiały, że utalentowane osoby były odrzucane na starcie z powodu uprzedzeń. Z kolei parytety i kwoty to narzędzia, które narzucają konkretny wynik rekrutacji. To właśnie ten drugi element budzi największe kontrowersje, ponieważ faktycznie może prowadzić do sytuacji, w których statystyka wygrywa z kompetencjami.
Pracodawcy, prowadząc firmy, ponoszą pełną odpowiedzialność finansową i operacyjną za swoje decyzje. Logika podpowiada więc, że w ich interesie leży zatrudnienie osoby, która przyniesie firmie największy zysk lub najlepiej rozwiąże dany problem. Dlaczego więc niektórzy decydują się na wybór kandydata „z klucza”?
Istnieje kilka powodów, dla których firmy decydują się na takie kroki:
Niemniej jednak, jeśli proces rekrutacyjny zostaje zdominowany przez chęć wypełnienia tabelki z parytetami, pojawia się ryzyko spadku efektywności. Jeśli najzdolniejszy kandydat zostaje odrzucony tylko dlatego, że „nie pasuje do statystyki”, firma traci potencjał, a pracownik czuje się niesprawiedliwie potraktowany.
Jednym ze sposobów na pogodzenie walki z dyskryminacją i dbałości o kompetencje jest tzw. rekrutacja w ciemno. Polega ona na usuwaniu z CV danych osobowych, takich jak imię, nazwisko, wiek czy zdjęcie, a czasem nawet nazwa uczelni. Rekruter widzi jedynie czyste umiejętności i doświadczenie. Co ciekawe, badania nad tą metodą dają mieszane wyniki – czasem faktycznie zwiększają różnorodność, a czasem pokazują, że bez „ludzkiego czynnika” pewne grupy radzą sobie jeszcze gorzej, co tylko pokazuje, jak skomplikowana jest natura uprzedzeń.
Pracodawca, który ryzykuje własnym kapitałem, stoi przed trudnym dylematem. Z jednej strony prawo (np. polski Kodeks pracy w art. 18) surowo zakazuje dyskryminacji, co jest fundamentem sprawiedliwego państwa. Z drugiej strony, nadmierna regulacja procesów kadrowych może być postrzegana jako zamach na wolność gospodarczą.
W idealnym modelu rynkowym to kompetencje powinny być jedyną walutą. Jednak rzeczywistość rzadko jest idealna. Uprzedzenia (często nieświadome) sprawiają, że rekruterzy podświadomie wybierają osoby podobne do siebie. Wymogi niedyskryminowania mają więc w założeniu „wyrównać boisko”, a nie dawać fory jednej z drużyn. Problem pojawia się w momencie, gdy „wyrównywanie” zamienia się w inżynierię społeczną, w której wynik jest znany przed rozpoczęciem meczu.
Współczesny rynek pracy coraz częściej odchodzi od sztywnych kwot na rzecz budowania kultury włączającej. Oznacza to, że zamiast zmuszać menedżerów do zatrudnienia konkretnej liczby osób z danej grupy, firmy starają się docierać z ogłoszeniami do szerszego grona odbiorców, by mieć pewność, że w puli kandydatów znajdą się najlepsi z najlepszych – niezależnie od ich cech osobistych.
Ostatecznie to rynek i wyniki finansowe weryfikują skuteczność tych strategii. Firma, która systematycznie rezygnuje z talentów na rzecz ideologii, może z czasem stracić przewagę konkurencyjną na rzecz podmiotów, które postawiły na czystą merytorykę. Z drugiej strony, firmy ignorujące zmiany społeczne i zamykające się na szeroki wachlarz talentów, mogą mieć problem z przyciągnięciem młodszych pokoleń pracowników, dla których wartości etyczne są równie ważne, co wynagrodzenie.