Gość (37.30.*.*)
Pojęcie outsourcingu kojarzy się większości z nas z przekazywaniem obsługi IT, księgowości czy ochrony zewnętrznym firmom. To standardowa praktyka biznesowa, która pozwala markom skupić się na ich głównej działalności. Istnieje jednak zjawisko znacznie mniej transparentne, nazywane ukrytym outsourcingiem. Choć na pierwszy rzut oka może wydawać się sprytnym sposobem na optymalizację kosztów, w rzeczywistości balansuje na granicy prawa i etyki biznesowej, niosąc ze sobą szereg konsekwencji zarówno dla pracowników, jak i całego rynku pracy.
Ukryty outsourcing (często nazywany też outsourcingiem pracowniczym lub „pozornym”) to sytuacja, w której firma de facto korzysta z pracy osób trzecich, ale nie wykazuje tego w oficjalnych strukturach zatrudnienia ani w tradycyjnych umowach outsourcingowych. Najczęściej przybiera on formę wypychania pracowników na samozatrudnienie (B2B) lub korzystania z pośredników, którzy dostarczają „usługę”, podczas gdy w rzeczywistości dostarczają po prostu ludzi do pracy pod ścisłym kierownictwem zleceniodawcy.
W klasycznym outsourcingu kupujemy efekt (np. czyste biuro lub działającą aplikację). W ukrytym outsourcingu firma często kupuje czas konkretnych osób, zarządzając nimi tak, jakby byli jej etatowymi pracownikami, mimo że formalnie nie widnieją na liście płac. Jest to mechanizm mający na celu ominięcie przepisów prawa pracy, uniknięcie płacenia składek na ubezpieczenia społeczne lub sztuczne zaniżanie liczby etatów w raportach dla inwestorów.
Ukryty outsourcing nie zna granic, ale jego natężenie zależy od lokalnych przepisów podatkowych i sztywności kodeksu pracy.
Zjawisko to jest szczególnie widoczne w krajach o wysokich kosztach pracy i skomplikowanym systemie podatkowym. Polska jest tutaj niestety jednym z liderów w Europie Środkowo-Wschodniej, głównie ze względu na dużą popularność kontraktów B2B w sektorze usług profesjonalnych. Podobne trendy obserwuje się w Wielkiej Brytanii (gdzie wprowadzono rygorystyczne przepisy IR35, by z tym walczyć), w Niemczech oraz w Stanach Zjednoczonych, gdzie tzw. gig economy (gospodarka zleceń) opiera się na armii „niezależnych wykonawców”.
Choć termin ten ma wydźwięk pejoratywny, z perspektywy czysto ekonomicznej i rynkowej niesie pewne korzyści, zwłaszcza dla przedsiębiorstw:
Ciemna strona ukrytego outsourcingu jest jednak znacznie bardziej rozbudowana i dotyka fundamentów bezpieczeństwa społecznego.
W wielu krajach rządy próbują walczyć z ukrytym outsourcingiem poprzez tzw. „test przedsiębiorcy”. Polega on na sprawdzeniu, czy dana osoba faktycznie prowadzi biznes (ma wielu klientów, ponosi ryzyko ekonomiczne, posiada własne biuro), czy też jej „firma” służy jedynie do wystawiania faktur jednemu pracodawcy. W Polsce temat ten powraca regularnie w debatach publicznych, budząc spore emocje wśród przedsiębiorców i pracowników sektora technologicznego.
Ukryty outsourcing to miecz obosieczny. Z jednej strony napędza nowoczesną gospodarkę, dając firmom zwinność, a specjalistom wolność finansową. Z drugiej strony tworzy grupę „pracowników drugiej kategorii” i generuje ogromne ryzyka prawne. Granica między nowoczesnym modelem współpracy a zwykłym wyzyskiem lub oszustwem podatkowym jest bardzo cienka i często zależy od indywidualnej interpretacji urzędników. W dobie zmieniającego się rynku pracy, kluczowe staje się znalezienie złotego środka, który zapewni firmom konkurencyjność, a ludziom stabilność, której nie zastąpi żadna faktura.