Gość (91.150.*.*)
Temat interwencji walutowych Narodowego Banku Polskiego (NBP) często budzi emocje, zwłaszcza gdy słyszymy o „drukowaniu złotówek” w celu osłabienia naszej waluty. Choć mechanizm ten może wydawać się skomplikowany, w rzeczywistości opiera się na prostych zasadach rynkowych. Odpowiedź na pytanie, czy takie działania prowadzą do wzrostu inflacji, brzmi: tak, istnieje tu bezpośredni i wielokanałowy związek, choć bank centralny posiada narzędzia, by te skutki łagodzić.
Kiedy NBP decyduje się na interwencję na rynku walutowym, jego celem jest zazwyczaj powstrzymanie nadmiernego umocnienia złotego lub celowe jego osłabienie. Robi to, aby wspomóc krajowych eksporterów – im słabszy złoty, tym polskie towary są tańsze i bardziej konkurencyjne za granicą.
Aby kupić obce waluty (np. euro czy dolary), NBP musi za nie zapłacić złotówkami. Ponieważ bank centralny ma wyłączne prawo do emisji pieniądza, „tworzy” te środki w formie elektronicznej. W efekcie na rynek trafia dodatkowa masa pieniądza, która wcześniej nie istniała. Zwiększenie podaży złotego przy jednoczesnym zwiększeniu popytu na waluty obce naturalnie prowadzi do spadku wartości polskiej waluty.
Najszybszym i najbardziej odczuwalnym dla naszych portfeli skutkiem osłabienia złotego jest tak zwana inflacja importowana. Polska gospodarka jest silnie uzależniona od importu surowców energetycznych (ropa, gaz), komponentów do produkcji oraz gotowych dóbr konsumpcyjnych (elektronika, odzież).
Gdy złoty traci na wartości, za każdą baryłkę ropy czy kontener części z Chin musimy zapłacić więcej złotówek. Firmy sprowadzające te towary rzadko biorą te koszty na siebie – najczęściej przerzucają je na konsumentów, podnosząc ceny na półkach sklepowych. W ten sposób słabsza waluta bezpośrednio przekłada się na wyższe odczyty CPI (wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych).
Drugim aspektem jest klasyczna teoria ilościowa pieniądza. Jeśli w gospodarce krąży więcej jednostek pieniężnych, a ilość dostępnych towarów i usług pozostaje bez zmian, wartość każdej pojedynczej jednostki pieniądza spada.
Wprowadzenie do obiegu nowych złotówek w wyniku interwencji zwiększa płynność w systemie bankowym. Jeśli te pieniądze „rozleją się” po gospodarce w postaci kredytów lub zwiększonych wydatków, mogą napędzać popyt, co przy ograniczonej podaży prowadzi do wzrostu cen. Jest to jednak proces bardziej rozciągnięty w czasie niż nagły skok cen paliw na stacjach.
Warto wiedzieć, że NBP nie zawsze pozwala, by nowo wyemitowane pieniądze swobodnie krążyły w gospodarce. Aby ograniczyć ryzyko inflacyjne, bank centralny stosuje tzw. sterylizację. Polega ona na tym, że po zakupie walut i wprowadzeniu złotówek na rynek, NBP „ściąga” je z powrotem, np. sprzedając bankom komercyjnym bony pieniężne. W ten sposób bank centralny osiąga cel walutowy (osłabia złotego), ale stara się zneutralizować wpływ tej operacji na podaż pieniądza i inflację.
Skoro skup walut za nowo wyemitowane środki niesie ryzyko inflacyjne, dlaczego banki centralne w ogóle to robią? Kluczem jest balansowanie między różnymi celami gospodarczymi:
Oto jak w uproszczeniu wygląda ta ścieżka:
Choć sterylizacja może ograniczyć wpływ na podaż pieniądza, to efekt droższego importu wynikający ze słabszego kursu jest niemal niemożliwy do całkowitego zniwelowania. Dlatego interwencje walutowe są zawsze mieczem obosiecznym – pomagają eksporterom, ale uderzają w siłę nabywczą konsumentów.