Gość (37.30.*.*)
Każdy z nas zna przynajmniej jedną taką osobę. Kiedy przychodzi czas na ciężką pracę, nagle znika z pola widzenia. Gdy trzeba podjąć odpowiedzialną decyzję, on akurat ma „coś pilnego do załatwienia”. Miglanc, bo o nim mowa, to postać barwna, choć niekoniecznie pożądana w zespole projektowym czy przy przeprowadzce. To słowo, choć brzmi nieco staroświecko, wciąż świetnie oddaje naturę ludzi, którzy opanowali sztukę unikania obowiązków do perfekcji.
Współczesny słownik języka polskiego definiuje miglanca jako człowieka sprytnego, ale w negatywnym tego słowa znaczeniu – kogoś, kto wykręca się od pracy, obowiązków czy nauki. To klasyczny „niebieski ptak”, który potrafi tak zamieszać, żeby się nie narobić, a jednocześnie sprawiać wrażenie, że jest bardzo zajęty.
Miglanc nie jest jednak zwykłym leniem. Leń po prostu leży i nic nie robi, nie kryjąc się z tym specjalnie. Miglanc natomiast wykazuje się dużą kreatywnością w procesie „migania się”. Musi być inteligentny i sprytny, aby znajdować coraz to nowe wymówki i sposoby na ominięcie systemu. Często bywa też uroczy – jego elokwencja i dar przekonywania sprawiają, że otoczenie przez długi czas może nie zauważać, że ma do czynienia z kimś, kto po prostu żeruje na pracy innych.
Etymologia słowa „miglanc” jest niezwykle ciekawa i, jak wiele barwnych określeń w języku polskim, prowadzi nas w stronę naszych zachodnich sąsiadów. Słowo to wywodzi się z języka niemieckiego, a konkretnie od wyrazu Miglanz.
Co ciekawe, pierwotne znaczenie wcale nie było tak jednoznacznie negatywne. W dialektach niemieckich (szczególnie w tych, które miały wpływ na polszczyznę w okresie zaborów) słowo to wiązało się z pojęciem „blasku” lub „świetności” (mit Glanz – z blaskiem). Początkowo miglancem nazywano kogoś, kto lubił błyszczeć w towarzystwie, eleganta, a nawet panicza, który przywiązywał dużą wagę do wyglądu i pozorów.
Z czasem znaczenie ewoluowało. Skoro ktoś „błyszczał” i zajmował się głównie autoprezentacją, zazwyczaj nie garnął się do fizycznej czy wymagającej wysiłku pracy. Tak oto „elegant” stał się „nierobem”, a ostatecznie „spryciarzem unikającym obowiązków”.
W Polsce słowo to idealnie wpasowało się w strukturę językową dzięki zbieżności z czasownikiem „migać się”. Choć etymologicznie „migać się” (uchylać się od czegoś) ma inne korzenie, to podobieństwo brzmieniowe sprawiło, że miglanc stał się naturalnym określeniem dla kogoś, kto „miga się” od roboty. To klasyczny przykład adhezji językowej, gdzie obce słowo zostaje zaadaptowane i wzmocnione przez rodzime skojarzenia.
Postać miglanca często pojawiała się w polskiej literaturze i filmie, zwłaszcza w okresie PRL-u. Wtedy to „miganie się” od pracy w państwowych zakładach było niemal sportem narodowym. Miglanc był kimś, kto potrafił „załatwić”, „wykombinować” i zawsze spadał na cztery łapy.
Warto wspomnieć, że w dawnej gwarze warszawskiej miglancem nazywano też czasem drobnego złodziejaszka lub oszusta, który potrafił szybko zniknąć z miejsca zdarzenia (czyli „mignąć” przed oczami policji).
Choć dzisiaj używamy tego słowa głównie z przymrużeniem oka, rzadko jest ono komplementem. Istnieje jednak pewien odcień podziwu dla sprytu miglanca. W świecie, który pędzi i nakłada na nas coraz więcej obowiązków, postać, która potrafi zachować luz i nie dać się wciągnąć w tryby machiny, budzi czasem nutkę zazdrości.
Należy jednak pamiętać o różnicy między „smart workingiem” (pracowaniem mądrze, a nie ciężko) a byciem miglancem. Ten pierwszy optymalizuje procesy, by osiągnąć cel mniejszym kosztem. Ten drugi po prostu przerzuca swój ciężar na barki innych.
Jeśli chcesz zastąpić słowo miglanc czymś innym, masz do wyboru całą gamę barwnych określeń:
Ciekawostka: Czy wiesz, że słowo „miglanc” było szczególnie popularne w Poznaniu i Wielkopolsce? Ze względu na silne wpływy niemieckie w tym regionie, wiele słów o takim pochodzeniu na stałe weszło do lokalnej gwary, a stamtąd rozprzestrzeniło się na całą Polskę. W poznańskiej gwarze miglanc to po prostu spryciarz, niekoniecznie leniwy, ale taki, którego „trudno zagiąć”.