Gość (37.30.*.*)
Większość z nas żyje w przekonaniu, że w sytuacjach kryzysowych zachowalibyśmy się jak bohaterowie, a nasze kompas moralny jest precyzyjnie skalibrowany na „dobro”. Myślimy o sobie jako o osobach uczciwych, lojalnych i nieugiętych w kwestii zasad. Jednak psychologia społeczna od dekad dostarcza dowodów na to, że nasze wyobrażenia o własnej moralności to często tylko pobożne życzenia. Zjawisko to nie jest mitem – to udokumentowany fakt, który badacze nazywają luką między intencją a działaniem.
W psychologii istnieje pojęcie znane jako efekt „lepszego niż przeciętny” (ang. better-than-average effect). Większość ludzi uważa, że są bardziej inteligentni, lepiej prowadzą samochód i – co najważniejsze – są bardziej moralni niż statystyczny Kowalski. Kiedy prosi się badanych o ocenę, jak zachowaliby się w trudnej sytuacji etycznej (np. czy oddaliby znaleziony portfel lub czy przeciwstawiliby się nieuczciwemu szefowi), deklarują oni znacznie wyższe standardy, niż wykazują realne testy w terenie.
Problem polega na tym, że kiedy oceniamy siebie w przyszłości, robimy to w sposób abstrakcyjny i idealistyczny. Nie bierzemy pod uwagę stresu, presji grupy, zmęczenia czy po prostu chęci zysku, które pojawiają się w momencie podejmowania realnej decyzji.
Psycholodzy wskazują na kilka kluczowych procesów, które sprawiają, że nasze realne granice moralne są znacznie bardziej elastyczne, niż nam się wydaje:
To proces, w którym moralne aspekty decyzji po prostu znikają z naszego pola widzenia. Zamiast myśleć: „czy to jest uczciwe?”, zaczynamy myśleć: „czy to się opłaca?” lub „czy to jest zgodne z procedurą?”. W ten sposób biznesmen może podjąć decyzję szkodliwą dla środowiska, nie czując, że łamie swoje zasady, bo postrzega to jedynie jako „decyzję biznesową”.
To fascynujące zjawisko polega na tym, że kiedy zrobimy coś dobrego (np. wpłacimy pieniądze na cele charytatywne), czujemy, że mamy „nadwyżkę” moralności. To daje nam podświadome przyzwolenie na małe oszustwo lub nieuprzejmość w przyszłości. Czujemy, że skoro jesteśmy „dobrymi ludźmi”, to jeden mały występek nie zmieni ogólnego bilansu.
Historia psychologii jest pełna badań, które obnażyły kruchość ludzkiej moralności. Jednym z najbardziej znanych jest eksperyment Stanleya Milgrama nad posłuszeństwem. Przed badaniem pytano ludzi, czy byliby w stanie razić prądem drugą osobę tylko dlatego, że naukowiec im tak kazał. Prawie każdy odpowiadał: „Nigdy w życiu!”. Wyniki pokazały coś zupełnie innego – większość uczestników, mimo wyraźnego dyskomfortu, kontynuowała aplikowanie wstrząsów, bo uległa autorytetowi.
Innym przykładem są badania Dana Ariely’ego nad uczciwością. Wykazał on, że większość z nas nie jest „wielkimi oszustami”, ale niemal każdy z nas jest „małym oszustem”. Mamy tendencję do naciągania prawdy tylko do takiego stopnia, by wciąż móc patrzeć w lustro i uważać się za porządnego człowieka. To tzw. teoria elastyczności ego.
Można by przypuszczać, że osoby o wysokiej inteligencji mają bardziej stabilne zasady moralne. Badania sugerują jednak coś przeciwnego – wysoka inteligencja często pomaga nam w... lepszym racjonalizowaniu własnych błędów. Osoby inteligentne potrafią szybciej i sprawniej wymyślić logiczne uzasadnienie dla swojego nagannego zachowania, co pozwala im utrzymać wysokie mniemanie o sobie, mimo łamania własnych zasad.
Skoro wiemy już, że nasze granice moralne są bardziej płynne, niż myślimy, co możemy z tym zrobić? Psycholodzy sugerują przede wszystkim praktykowanie uważności i pokory. Zamiast zakładać, że jesteśmy odporni na pokusy, lepiej jest unikać sytuacji, w których nasza moralność mogłaby zostać wystawiona na próbę.
Warto również pamiętać o zasadzie „testu gazety” – zanim coś zrobisz, zastanów się, jak byś się czuł, gdyby informacja o twoim zachowaniu trafiła jutro na pierwszą stronę największego portalu informacyjnego. To proste narzędzie pomaga przywrócić perspektywę moralną tam, gdzie zaczyna dominować chłodna kalkulacja.