Gość (37.30.*.*)
Każdy z nas zna przynajmniej jedną osobę, która potrafi z najzwyklejszego wyjścia po bułki zrobić epicką opowieść pełną zwrotów akcji, niespodziewanych spotkań i dramatycznych dialogów. Choć wiemy, że połowa tych historii prawdopodobnie nigdy się nie wydarzyła, często przymykamy na to oko, uznając to za nieszkodliwą cechę charakteru. Psychologia jednak od lat przygląda się temu zjawisku i ma na nie konkretne nazwy oraz wyjaśnienia. To, co potocznie nazywamy „koloryzowaniem”, w literaturze fachowej często ociera się o termin pseudologia fantastica (kłamstwo patologiczne), choć w przypadku niewinnych historyjek mechanizmy są nieco subtelniejsze.
Termin ten został wprowadzony już w 1891 roku przez niemieckiego psychiatrę Antona Delbrücka. Opisał on osoby, które opowiadają skomplikowane, barwne historie, w które same zdają się wierzyć. Co ciekawe, te opowieści nie służą zazwyczaj osiągnięciu wymiernych korzyści materialnych (jak w przypadku oszustów finansowych). Głównym celem jest tutaj zaspokojenie potrzeb emocjonalnych.
Psycholodzy wskazują, że dla takich osób granica między rzeczywistością a fantazją bywa płynna. Opowiadanie zmyślonych historii staje się sposobem na wykreowanie „lepszej wersji siebie” lub ucieczkę od szarej, niesatysfakcjonującej codzienności.
Nauka wyróżnia kilka kluczowych powodów, dla których niektórzy ludzie mają skłonność do serwowania nam „podrasowanej” rzeczywistości:
Badania neurologiczne rzucają fascynujące światło na to zjawisko. W 2005 roku zespół badawczy pod kierunkiem Yaling Yang z University of Southern California przeprowadził badania obrazowe mózgów osób przejawiających skłonności do patologicznego kłamstwa. Wyniki były zaskakujące.
Okazało się, że osoby te mają więcej istoty białej w korze przedczołowej (o około 22-26% więcej niż grupa kontrolna) i mniej istoty szarej. Co to oznacza w praktyce? Istota biała odpowiada za połączenia między różnymi obszarami mózgu, a jej nadmiar może ułatwiać szybkie łączenie faktów, skojarzeń i wymyślanie skomplikowanych scenariuszy „na poczekaniu”. Z kolei mniejsza ilość istoty szarej może wiązać się z osłabioną kontrolą hamowania i mniejszą empatią wobec osób, które są wprowadzane w błąd.
Warto odróżnić świadome (choć nawykowe) zmyślanie od konfabulacji. Konfabulacje to zjawisko, w którym mózg „łata dziury” w pamięci nieprawdziwymi informacjami, a osoba opowiadająca jest absolutnie przekonana o ich prawdziwości. Często występuje to w przypadku uszkodzeń mózgu, zespołu Korsakowa czy demencji.
W przypadku „opowiadaczy”, o których mowa, mamy do czynienia z procesem bardziej świadomym, choć często automatycznym. Taka osoba wie, że historia jest zmyślona, ale czuje przymus jej opowiedzenia, a z czasem sama może zacząć „nasiąkać” własną narracją, co psychologia nazywa procesem internalizacji kłamstwa.
Choć nos nam nie rośnie, to badania pokazują, że podczas kłamania temperatura wokół nosa i w kącikach oczu faktycznie się zmienia (tzw. efekt termiczny). Jest to związane z wysiłkiem poznawczym i stresem, nawet jeśli kłamstwo jest „niewinne”.
W większości przypadków, jeśli historie są niegroźne i nie służą krzywdzeniu innych, psychologia traktuje to jako specyficzny mechanizm radzenia sobie z rzeczywistością lub cechę osobowości (np. histrioniczną, gdzie występuje silna potrzeba bycia w centrum uwagi). Problem pojawia się, gdy kłamstwa zaczynają niszczyć relacje, a osoba traci kontakt z tym, co jest prawdą, a co wytworem jej wyobraźni.
Zrozumienie, że za takimi opowieściami często stoi głęboka niepewność i potrzeba bycia zauważonym, pozwala spojrzeć na „opowiadaczy” z nieco większą empatią, choć stawianie jasnych granic w relacji z taką osobą jest kluczowe dla zachowania własnego komfortu psychicznego.