Gość (37.30.*.*)
Wielu mężczyzn dorasta w przekonaniu, że bycie uprzejmym, unikane konfliktów i spełnianie oczekiwań innych to najprostsza droga do szczęśliwego życia i udanego związku. Wydaje się to logiczne: jeśli będę dobry dla świata, świat będzie dobry dla mnie. Jednak w psychologii termin „syndrom miłego faceta” (ang. Nice Guy Syndrome) opisuje zjawisko, które z prawdziwą dobrocią ma niewiele wspólnego. To specyficzny wzorzec zachowań, który zamiast budować bliskość, często prowadzi do frustracji, poczucia bycia wykorzystanym i toksycznych relacji.
Termin ten spopularyzował dr Robert Glover w swojej przełomowej książce „No More Mr. Nice Guy” (w Polsce wydanej pod tytułem „Modele. Jak przyciągnąć kobiety poprzez autentyczność”, choć oryginalny tytuł Glovera odnosi się bezpośrednio do tego syndromu). Glover zauważył, że miliony mężczyzn na całym świecie cierpią z powodu niskiego poczucia własnej wartości, które maskują przesadną uprzejmością.
Ważne jest rozróżnienie: „miły facet” w tym kontekście to nie jest po prostu kulturalny i pomocny człowiek. To mężczyzna, który używa swojej „miłości” i „dobroci” jako waluty, za którą spodziewa się otrzymać konkretną zapłatę – akceptację, miłość, seks lub brak krytyki.
Rozpoznanie tego syndromu u siebie lub kogoś bliskiego nie zawsze jest łatwe, ponieważ zachowania te są często społecznie nagradzane. Oto fundamenty, na których opiera się ten mechanizm:
To prawdopodobnie najbardziej toksyczny element syndromu miłego faceta. „Miły facet” funkcjonuje w oparciu o niepisane umowy, o których druga strona zazwyczaj nie ma pojęcia. Przykładowy kontrakt wygląda tak: „Będę dla ciebie bardzo pomocny i nigdy ci się nie sprzeciwię (moja inwestycja), a ty w zamian będziesz mnie kochać, domyślisz się moich potrzeb i nigdy mnie nie zranisz (twoja zapłata)”.
Problem pojawia się, gdy druga osoba nie wywiązuje się z „umowy”, o której istnieniu nawet nie wiedziała. Wtedy „miły facet” czuje się oszukany, wpada w furię lub wycofuje się, co jest kompletnie niezrozumiałe dla otoczenia.
Syndrom miłego faceta jest ściśle powiązany z popularnym pojęciem „friendzone”. Mężczyźni z tym syndromem często zaprzyjaźniają się z kobietami, które im się podobają, licząc na to, że bycie „dobrym przyjacielem” w końcu magicznie przerodzi się w związek. Gdy tak się nie dzieje, czują żal, oskarżając kobiety o to, że wolą „drani”, podczas gdy problemem jest brak szczerości co do własnych intencji od samego początku.
Choć intencją „miłego faceta” jest bycie kochanym, jego zachowanie często przynosi odwrotny skutek. Dlaczego?
Wyzdrowienie z syndromu miłego faceta nie polega na staniu się egoistycznym gburowatym „draniem”. Chodzi o stanie się mężczyzną zintegrowanym. Oto kilka kroków, które sugerują terapeuci:
Przejście od „miłego faceta” do autentycznego mężczyzny to proces odzyskiwania własnej tożsamości. To droga od bycia ofiarą okoliczności do bycia twórcą własnego życia, który potrafi dawać bez oczekiwania czegoś w zamian, ale też potrafi wymagać szacunku i dbać o siebie.