Gość (37.30.*.*)
Zjawisko infantylizacji dorosłych mężczyzn lub dorastających nastolatków przez ich najbliższe otoczenie to problem, który dotyka wielu rodzin, często pod płaszczykiem troski i miłości. Choć termin „upupianie” kojarzy nam się głównie z lekturą „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza, w psychologii relacji jest on boleśnie aktualny. To proces, w którym rodzice lub rodzeństwo narzucają danej osobie rolę kogoś niedojrzałego, niesamodzielnego i wymagającego ciągłego prowadzenia za rękę, ignorując jej faktyczne kompetencje i wiek.
Przyczyn takiego zachowania jest wiele i rzadko wynikają one ze złej woli. Najczęściej u ich podstaw leżą nieprzepracowane lęki i schematy wyniesione z własnych domów.
Skutki takich zachowań pojawiają się niemal natychmiast i uderzają w dobrostan psychiczny mężczyzny oraz jakość codziennych kontaktów.
W krótkiej perspektywie najczęstszą reakcją jest frustracja i tłumiony gniew. Mężczyzna, który czuje, że jego zdanie nie jest brane pod uwagę, zaczyna unikać kontaktów z rodziną. Każdy obiad niedzielny staje się polem bitwy lub męczącym teatrem, w którym trzeba odgrywać narzuconą rolę, by uniknąć konfliktu.
Pojawia się również spadek motywacji do działania. Jeśli rodzice ciągle poprawiają dorosłego syna, wyręczają go w prostych czynnościach lub krytykują jego wybory, zaczyna on wątpić w swoje umiejętności. Może to prowadzić do tzw. wyuczonej bezradności – stanu, w którym osoba przestaje podejmować wysiłek, bo wierzy, że i tak nie poradzi sobie bez pomocy innych.
Długotrwałe „upupianie” ma niszczycielski wpływ na przyszłość mężczyzny, wykraczając daleko poza relacje z rodzicami.
Mężczyzna, który w domu rodzinnym jest traktowany jak dziecko, może mieć ogromne trudności w relacjach romantycznych. Często szuka partnerek, które przejmą rolę matki (będą go kontrolować i wyręczać) lub przeciwnie – wchodzi w relacje, w których panicznie boi się jakiegokolwiek zaangażowania, kojarząc je z utratą wolności.
Wewnętrzny głos rodzica staje się wewnętrznym głosem mężczyzny. Jeśli przez lata słyszał, że „nie potrafi”, „nie zna się” lub „zawsze robi błędy”, w dorosłym życiu będzie unikał wyzwań zawodowych i osobistych. To prosta droga do syndromu oszusta, w którym mimo sukcesów, mężczyzna czuje się jak niekompetentne dziecko.
Z czasem relacja staje się toksyczna. Mężczyzna może całkowicie zerwać kontakt z rodziną (tzw. odcięcie emocjonalne), by móc w końcu dorosnąć. Z kolei rodzeństwo, które brało udział w infantylizacji, traci szansę na partnerską, wspierającą więź z bratem, co na starość skutkuje poczuciem osamotnienia w opiece nad starzejącymi się rodzicami.
Warto wiedzieć, że tzw. „Syndrom Piotrusia Pana” (niechęć do dorastania) często nie jest wyborem mężczyzny, a wynikiem właśnie systemowej infantylizacji w domu. To nie tak, że on nie chce dorosnąć – on po prostu nigdy nie dostał na to „pozwolenia” od systemu rodzinnego, który nagradzał go za bycie niesamodzielnym.
Wyjście z roli „wiecznego dziecka” wymaga postawienia twardych granic. Psychologia sugeruje, że dorosły mężczyzna musi przestać tłumaczyć się ze swoich decyzji, a zacząć o nich informować. Zamiast pytać: „Mamo, czy mogę kupić ten samochód?”, powinien powiedzieć: „Kupiłem ten samochód, jestem z niego zadowolony”.
Dla rodzeństwa i rodziców kluczowe jest zrozumienie, że szacunek do autonomii dorosłego syna czy brata nie jest odrzuceniem miłości, ale najwyższą formą jej okazania. Pozwolenie komuś na popełnianie własnych błędów to jedyny sposób, by ta osoba mogła w pełni stać się dorosłym człowiekiem.