Gość (37.30.*.*)
Zjawisko infantylizacji dorosłych mężczyzn to temat, który coraz częściej pojawia się w dyskusjach o współczesnej psychologii, socjologii, a nawet popkulturze. Choć termin ten brzmi naukowo, w rzeczywistości dotyka on codziennych relacji, dynamiki w związkach i sposobu, w jaki postrzegamy męskość. Z kolei słynne „upupienie”, pojęcie wprowadzone do polszczyzny przez Witolda Gombrowicza w „Ferdydurke”, idealnie opisuje proces narzucania komuś gęby dziecka, niedojrzałości i braku powagi. To sytuacja, w której dorosły człowiek zostaje wtłoczony w rolę kogoś niesamodzielnego, wymagającego opieki lub ciągłego instruowania.
„Upupienie” to specyficzny rodzaj presji społecznej lub środowiskowej. Gombrowicz zauważył, że otoczenie – rodzice, partnerzy, a nawet instytucje – ma tendencję do traktowania dorosłych tak, jakby wciąż byli dziećmi. W kontekście mężczyzn objawia się to często poprzez odbieranie im decyzyjności lub bagatelizowanie ich opinii.
Infantylizacja natomiast to proces głębszy, psychologiczny. Może on zachodzić dwutorowo: albo mężczyzna sam ucieka w świat beztroski (tzw. syndrom Piotrusia Pana), albo jest do tego zmuszany przez nadopiekuńcze matki lub dominujące partnerki, które „wiedzą lepiej”. W efekcie dorosły facet zaczyna zachowywać się, myśleć i reagować w sposób nieadekwatny do swojego wieku.
Absolutnie nie. Infantylizacja nie jest wpisana w biologię ani w przeznaczenie żadnego mężczyzny. Jest to zjawisko kulturowe i środowiskowe. Żyjemy jednak w czasach, które sprzyjają opóźnianiu dorosłości. Późniejsze wyprowadzanie się z domu rodzinnego, brak wyraźnych rytuałów przejścia (jak np. dawna służba wojskowa czy szybkie zakładanie rodziny) oraz wszechobecna kultura rozrywki sprawiają, że granica między młodością a dojrzałością mocno się zaciera.
Wiele zależy od indywidualnych wyborów oraz od tego, na co pozwalamy osobom w naszym najbliższym otoczeniu. Jeśli mężczyzna świadomie stawia granice i bierze odpowiedzialność za swoje życie, „upupienie” mu nie grozi.
Rozpoznanie infantylizacji nie zawsze jest proste, bo często kryje się pod maską „wygody” lub „dobrego serca” bliskich. Oto najczęstsze sygnały:
Choć zjawisko to kojarzy się głównie negatywnie, warto przyjrzeć się mu z obu perspektyw, aby zrozumieć, dlaczego niektórzy w nim tkwią.
Z perspektywy psychologicznej trudno mówić o zdrowych korzyściach, ale istnieją pewne „zyski wtórne”. Osoba infantylizowana żyje w mniejszym stresie związanym z odpowiedzialnością. Ma zapewnione poczucie bezpieczeństwa (często złudne) i nie musi mierzyć się z trudnymi konsekwencjami własnych błędów, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto „posprząta”. To jednak pułapka, która na dłuższą metę unieszczęśliwia.
Wyjście z roli „upupionego” wymaga odwagi i konsekwencji. To proces odcinania pępowiny, który może być bolesny dla obu stron.
Warto pamiętać, że dojrzałość nie oznacza rezygnacji z zabawy, pasji czy poczucia humoru. Prawdziwie dojrzały mężczyzna to taki, który potrafi cieszyć się życiem jak dziecko, ale w kluczowych momentach potrafi stanąć na wysokości zadania i wziąć pełną odpowiedzialność za siebie i swoich bliskich. „Upupienie” to tylko forma, którą zawsze można rozbić, by odnaleźć własną, autentyczną twarz.