Gość (37.30.*.*)
Współczesny świat opiera się na prostym, ale coraz częściej kwestionowanym założeniu: PKB musi rosnąć w nieskończoność. Dewzrost (ang. degrowth) to ruch i teoria ekonomiczna, która mówi „sprawdzam”. Postulat ten nie wynika z chęci powrotu do jaskiń, ale z obserwacji, że nasze zasoby są skończone, a pogoń za cyframi nie przekłada się już na poprawę jakości życia w krajach rozwiniętych. Dlaczego więc sprawiedliwa dystrybucja dóbr stała się fundamentem tej idei?
Głównym motorem napędowym dewzrostu jest świadomość granic planetarnych. Zwolennicy tego nurtu argumentują, że tzw. „zielony wzrost” – czyli sytuacja, w której gospodarka rośnie, a zużycie zasobów i emisje spadają – jest mitem, którego nie udało się zrealizować na wystarczającą skalę. Skoro nie możemy produkować i konsumować coraz więcej bez niszczenia ekosystemów, musimy nauczyć się żyć lepiej, zużywając mniej.
Dewzrost postuluje się z trzech głównych powodów:
To jedno z najbardziej kontrowersyjnych pytań. Dewzrost nie zakłada, że wszyscy mają stać się biedniejsi. Wręcz przeciwnie – dla dużej części populacji Globalnego Południa standard życia powinien wzrosnąć. Koszty mają ponieść przede wszystkim:
To kraje wysokorozwinięte (w tym Polska) konsumują lwią część światowych zasobów. Dewzrost zakłada, że to my musimy ograniczyć nadmierną konsumpcję, zrezygnować z planowanego postarzania produktów i odejść od modelu „kup, zużyj, wyrzuć”.
Dane organizacji takich jak Oxfam pokazują, że najbogatszy 1% ludzkości odpowiada za więcej emisji CO2 niż najbiedniejsze 50%. Dewzrost celuje w luksusową konsumpcję: prywatne odrzutowce, ogromne rezydencje czy jachty. To te zasoby miałyby zostać przekierowane na usługi publiczne, takie jak ochrona zdrowia czy transport zbiorowy.
Dewzrost uderza w model biznesowy oparty na maksymalizacji zysku dla akcjonariuszy. Kosztem byłaby mniejsza stopa zwrotu z kapitału na rzecz wyższych płac, krótszego czasu pracy i inwestycji w regenerację środowiska.
Nikt nie wydał w tej sprawie odgórnego dekretu, który obowiązywałby całą ludzkość. Wybór sprawiedliwości jako fundamentu dewzrostu wynika z ewolucji myśli ekonomicznej, filozoficznej i społecznej. Można tu wskazać kilka źródeł:
Ekonomiści ekologiczni, tacy jak Joan Martinez-Alier czy Jason Hickel, argumentują, że bez sprawiedliwej dystrybucji dewzrost byłby po prostu katastrofą społeczną (recesją). Aby zmniejszyć ogólną produkcję bez krzywdzenia najuboższych, jedyną drogą jest podzielenie istniejącego „tortu” w sposób bardziej wyrównany.
Koncepcja ta czerpie z teorii sprawiedliwości Johna Rawlsa (zasada, że nierówności są dopuszczalne tylko wtedy, gdy przynoszą korzyść najmniej uprzywilejowanym) oraz Amartyi Sena (podejście oparte na zdolnościach do godnego życia). W tym ujęciu sprawiedliwość nie jest „miłym dodatkiem”, ale warunkiem koniecznym stabilności społecznej.
Wielu badaczy wskazuje, że kraje bogate zaciągnęły „dług ekologiczny” wobec reszty świata. Sprawiedliwość jest tu rozumiana jako spłata tego długu poprzez zwolnienie miejsca w ekosystemie dla krajów, które wciąż muszą się rozwijać, by zaspokoić podstawowe potrzeby swoich obywateli.
Krytycy dewzrostu często podnoszą argument, że bez wzrostu PKB systemy emerytalne i innowacje się załamią. Zwolennicy odpowiadają, że to kwestia przeprojektowania instytucji. Zamiast mierzyć sukces sprzedanymi samochodami, moglibyśmy mierzyć go dostępnością mieszkań, czystością powietrza i ilością czasu wolnego.
Warto wiedzieć, że termin „dewzrost” (fr. décroissance) został spopularyzowany już w latach 70. XX wieku przez André Gorza i Nicholasa Georgescu-Roegena, ale to dopiero dzisiaj, w obliczu kryzysu klimatycznego, trafia do głównego nurtu debaty publicznej. Choć dla wielu brzmi to jak utopia, dla innych jest to jedyny realistyczny scenariusz na przetrwanie w świecie o ograniczonych zasobach.