Gość (37.30.*.*)
Pytanie o to, czy rozwój gospodarczy ma swoje granice, towarzyszy ludzkości od dekad, a może nawet stuleci. Z jednej strony mamy wizję nieustannego postępu, nowych technologii i rosnącego standardu życia, z drugiej – twarde dane dotyczące wyczerpujących się zasobów naturalnych i zmian klimatycznych. Czy planeta o skończonych rozmiarach może utrzymać nieskończony wzrost? To jeden z najważniejszych dylematów współczesnej ekonomii i ekologii.
Dyskusja na temat granic wzrostu nabrała tempa w 1972 roku, kiedy to opublikowano słynny raport „Granice wzrostu” (The Limits to Growth). Zespół naukowców z MIT, wykorzystując symulacje komputerowe, doszedł do wniosku, że jeśli utrzymają się dotychczasowe trendy w konsumpcji zasobów i przyroście ludności, światowy system gospodarczy czeka załamanie w ciągu stu lat.
Choć wiele z tych czarnych scenariuszy nie ziściło się w przewidywanym terminie (głównie dzięki postępowi technologicznemu), fundament tej teorii pozostaje aktualny: fizyczne zasoby Ziemi są ograniczone. Nie możemy wydobywać nieskończonej ilości ropy, miedzi czy litu, jeśli ich zasoby w skorupie ziemskiej są policzalne.
Optymiści gospodarczy często wskazują na zjawisko dematerializacji. Twierdzą oni, że rozwój nie musi oznaczać zużywania większej ilości „materii”. Przykładowo, kiedyś potrzebowaliśmy gramofonu, radia, aparatu fotograficznego i encyklopedii – dziś wszystko to mieści się w jednym smartfonie, który zużywa ułamek energii i surowców potrzebnych na wyprodukowanie tamtych urządzeń.
Współczesna gospodarka coraz bardziej opiera się na usługach, danych i technologiach cyfrowych. W teorii pozwala to na wzrost PKB bez proporcjonalnego zwiększania obciążenia dla środowiska. Jednak krytycy zauważają, że nawet „cyfrowy świat” potrzebuje serwerowni zużywających ogromne ilości prądu oraz rzadkich metali do produkcji elektroniki.
Obecnie naukowcy rzadziej mówią o braku surowców, a częściej o przekraczaniu „granic planetarnych”. Chodzi o zdolność Ziemi do regeneracji i pochłaniania odpadów (w tym gazów cieplarnianych). Granicą rozwoju nie musi być brak węgla, ale moment, w którym ekosystem przestanie być stabilny.
Do najważniejszych barier należą:
Jeśli gospodarka będzie rosła kosztem zniszczenia tych systemów, to w pewnym momencie koszty usuwania skutków katastrof naturalnych przewyższą zyski z produkcji, co naturalnie zahamuje rozwój.
Warto spojrzeć na rozwój gospodarczy przez pryzmat fizyki, a konkretnie termodynamiki. Każdy proces produkcyjny to w rzeczywistości przetwarzanie energii i materii z formy uporządkowanej w mniej uporządkowaną (odpady i ciepło rozproszone).
Wyjaśnienie krok po kroku na przykładzie II prawa termodynamiki:
W odpowiedzi na te wyzwania narodziła się koncepcja degrowth (dewzrostu). Jej zwolennicy uważają, że zamiast dążyć do nieskończonego wzrostu PKB, powinniśmy skupić się na sprawiedliwej dystrybucji dóbr, poprawie jakości życia i regeneracji środowiska, nawet jeśli oznaczałoby to zmniejszenie skali gospodarki.
Z kolei zwolennicy „zielonego wzrostu” wierzą w gospodarkę obiegu zamkniętego (Circular Economy). W takim modelu odpady stają się surowcami, a energia pochodzi wyłącznie ze źródeł odnawialnych. W teorii taki system mógłby funkcjonować bardzo długo, choć nadal podlegałby prawom termodynamiki wspomnianym wcześniej.
Warto wspomnieć o ciekawym zjawisku zwanym paradoksem Jevonsa. Mówi on, że zwiększenie efektywności wykorzystania zasobu (np. silnik spalający mniej paliwa) paradoksalnie prowadzi do... zwiększenia jego całkowitego zużycia. Dlaczego? Ponieważ gdy coś staje się tańsze i wydajniejsze, zaczynamy używać tego na znacznie większą skalę. To pokazuje, że sama technologia bez zmian w sposobie konsumpcji może nie wystarczyć, by ominąć granice wzrostu.
Podsumowując, odpowiedź na pytanie o granice rozwoju gospodarczego zależy od tego, jak ten rozwój definiujemy. Jeśli jako ciągłe zwiększanie ilości fizycznych przedmiotów i zużycia energii – granice są nieuniknione i wynikają z praw fizyki. Jeśli jednak rozwój zrozumiemy jako poprawę jakości życia, wiedzy i innowacyjności, to granice te mogą być znacznie dalej, niż nam się wydaje.