Gość (83.4.*.*)
Wielu z nas, oglądając amerykańskie filmy prawnicze, przyzwyczaiło się do obrazu prokuratora jako nieugiętego oskarżyciela, którego jedynym celem jest wsadzenie podejrzanego za kratki. W polskim systemie prawnym rzeczywistość wygląda jednak nieco inaczej. Choć prokurator stoi na czele oskarżenia, prawo nakłada na niego obowiązki, które mogą wydawać się paradoksalne. Musi on bowiem aktywnie szukać dowodów, które... działają na korzyść oskarżonego. Wynika to bezpośrednio z faktu, że obywatel i jego obrońca nie mają takich samych narzędzi jak potężna machina państwowa.
Kluczem do zrozumienia tej sytuacji jest jedna z najważniejszych zasad polskiego procesu karnego – zasada obiektywizmu, zapisana w art. 4 Kodeksu postępowania karnego. Zgodnie z nią organy prowadzące postępowanie (w tym prokurator) są zobowiązane badać oraz uwzględniać okoliczności przemawiające zarówno na niekorzyść, jak i na korzyść oskarżonego.
W systemach czysto kontradyktoryjnych (jak np. w USA), proces przypomina pojedynek dwóch równorzędnych stron. Prokurator szuka winy, obrońca szuka niewinności, a sędzia jest arbitrem. W Polsce jednak uznaje się, że te strony nigdy nie będą w pełni równe. Państwo dysponuje policją, laboratoriami kryminalistycznymi, dostępem do baz danych i możliwością stosowania przymusu. Obrońca ma jedynie swój intelekt, prawo wglądu w akta i ograniczone możliwości zbierania dowodów na własną rękę. Aby zrównoważyć tę dysproporcję, prawo zmusza prokuratora do bycia "strażnikiem praworządności", a nie tylko "strzelcem wyborowym" oskarżenia.
Ograniczony dostęp obrońcy do aparatu państwowego to nie tylko kwestia finansów, ale przede wszystkim uprawnień prawnych. Adwokat nie może wydać nakazu przeszukania mieszkania, nie może nakazać operatorowi sieci komórkowej udostępnienia bilingów ani nie może zmusić świadka do złożenia zeznań pod rygorem odpowiedzialności karnej na etapie przygotowawczym.
W związku z tym, jeśli obrońca uważa, że istnieje dowód mogący oczyścić jego klienta (np. nagranie z monitoringu miejskiego, do którego dostęp ma tylko policja), składa wniosek dowodowy do prokuratora. Prokurator, działając w ramach wspomnianej zasady obiektywizmu, nie może takiego wniosku zignorować tylko dlatego, że "psuje mu on linię oskarżenia". Jeśli dowód jest istotny dla sprawy, prokurator ma obowiązek go przeprowadzić, nawet jeśli w efekcie doprowadzi to do umorzenia postępowania lub uniewinnienia.
W systemie, gdzie prokurator jest jedynie stroną sporu, gromadzenie dowodów łagodzących byłoby uznane za działanie na własną szkodę. W Polsce jednak prokurator często staje się posiadaczem informacji, które w innych realiach procesowych musiałby zdobyć prywatny detektyw opłacony przez oskarżonego. Są to między innymi:
Teoria to jedno, a praktyka procesowa to drugie. Choć przepisy są jasne, w rzeczywistości prokuratorzy bywają pod presją wyników i statystyk. Dlatego rola obrońcy jest kluczowa – to on musi "pilnować" prokuratora, by ten rzetelnie wypełniał swój obowiązek obiektywizmu.
Ciekawostką jest fakt, że w polskim prawie istnieje pojęcie "nadużycia prawa procesowego". Jeśli prokurator celowo ukrywałby dowody niewinności, które zebrał w toku śledztwa, naraziłby się na poważne konsekwencje dyscyplinarne, a wyrok wydany w takiej sprawie mógłby zostać łatwo podważony w instancji odwoławczej.
Ograniczenie dostępu obrony do aparatu państwowego jest zatem rekompensowane przez nałożenie na prokuratora roli "obiektywnego urzędnika". To specyficzna cecha systemów kontynentalnych, która ma zapobiegać sytuacjom, w których o wyniku sprawy decyduje jedynie zasobność portfela oskarżonego i to, czy stać go na armię prywatnych śledczych.
W tym ujęciu prokurator gromadzący dowody łagodzące nie działa przeciwko sobie – działa w interesie wymiaru sprawiedliwości, którego celem jest ustalenie prawdy materialnej, a nie uzyskanie skazania za wszelką cenę. Choć może się to wydawać dziwne z perspektywy procesów znanych z Hollywood, jest to bezpiecznik chroniący nas przed pomyłkami sądowymi w świecie, gdzie państwo zawsze ma przewagę nad jednostką.