Gość (37.30.*.*)
Temat jawności wynagrodzeń i walki z luką płacową od miesięcy elektryzuje polski rynek pracy. Wszystko za sprawą unijnej dyrektywy o przejrzystości płac (2023/970), którą Polska – podobnie jak inne kraje UE – musi wdrożyć do połowy 2026 roku. Choć nowe przepisy mają na celu przede wszystkim eliminację dyskryminacji ze względu na płeć, ich wpływ na codzienne funkcjonowanie firm będzie znacznie szerszy. Wiele osób zastanawia się, czy nadchodzące zmiany oznaczają koniec negocjowania stawek „pod stołem” i czy wkrótce doczekamy się ustawowych kagańców na zarobki kadry zarządzającej.
Krótka odpowiedź brzmi: i tak, i nie. Nowe przepisy wprowadzają zasadę „równej płacy za pracę o równej wartości”. Nie oznacza to jednak, że każdy pracownik z identycznym napisem na wizytówce otrzyma co miesiąc przelew na tę samą kwotę. Kluczem do zrozumienia nowych regulacji jest pojęcie obiektywnych kryteriów.
Pracodawca nadal będzie miał prawo różnicować wynagrodzenia, ale pod warunkiem, że będzie potrafił to uzasadnić merytorycznie. Do czynników, które pozwalają na legalne różnice w płacach, należą:
To, co się zmieni, to konieczność bycia transparentnym. Jeśli pracownik dowie się, że zarabia mniej od kolegi z biurka obok, będzie mógł zapytać o powód. Pracodawca nie będzie mógł już odpowiedzieć: „bo tak wynegocjował”, lecz będzie musiał wskazać konkretne, obiektywne różnice w ich kompetencjach lub wynikach.
Jednym z najważniejszych elementów nowych przepisów jest zakaz stosowania klauzul poufności wynagrodzeń w umowach o pracę. Pracownik będzie miał prawo rozmawiać o swoich zarobkach z innymi osobami w celu egzekwowania zasady równego traktowania. Co więcej, kandydaci do pracy będą musieli otrzymywać informacje o początkowym wynagrodzeniu lub jego przedziale już na etapie ogłoszenia lub przed rozmową kwalifikacyjną.
Islandia jako pierwszy kraj na świecie wprowadziła w 2018 roku system certyfikacji równej płacy. Firmy zatrudniające powyżej 25 osób muszą udowodnić państwu, że płacą kobietom i mężczyznom tyle samo za pracę o tej samej wartości. Jeśli tego nie zrobią, grożą im wysokie kary finansowe nakładane każdego dnia do momentu naprawienia błędu.
Pytanie o wprowadzenie górnej granicy zarobków jako wielokrotności najniższej pensji dotyka kwestii tzw. sprawiedliwości dystrybutywnej. Obecnie w unijnej dyrektywie o przejrzystości płac nie ma żadnych zapisów, które narzucałyby firmom sztywne widełki rozpiętości między zarobkami prezesa a sprzątaczki.
Współczesna legislacja skupia się raczej na „miękkich” narzędziach nacisku:
Choć w niektórych krajach (np. w Szwajcarii w 2013 roku) odbywały się referenda w sprawie ograniczenia zarobków kadry zarządzającej do dwunastokrotności najniższej płacy w firmie (inicjatywa 1:12), propozycje te zazwyczaj upadają w głosowaniach. Argumentem przeciw jest obawa o odpływ talentów menedżerskich do krajów o bardziej liberalnym podejściu.
Wprowadzenie nowych przepisów to próba znalezienia balansu między wolnym rynkiem a ochroną praw pracowniczych. Choć ustawowe „sufity płacowe” wydają się dziś mało prawdopodobne w gospodarce rynkowej, to era absolutnej dowolności w ustalaniu pensji powoli dobiega końca.
Pracodawcy będą musieli przygotować jasne siatki płac i opisy stanowisk, co paradoksalnie może pomóc wielu firmom w uporządkowaniu wewnętrznych struktur. Dla pracowników oznacza to większą pewność, że ich wynagrodzenie wynika z ich realnej wartości dla organizacji, a nie tylko z umiejętności „sprzedania się” podczas rekrutacji.
Warto jednak pamiętać, że proces wdrażania tych zmian będzie rozłożony na lata. Pierwsze raporty dotyczące luki płacowej w największych firmach (powyżej 250 pracowników) pojawią się prawdopodobnie dopiero w 2027 roku, co daje biznesowi czas na dostosowanie się do nowej rzeczywistości.