Gość (37.30.*.*)
Temat obecności Adama Michnika w archiwach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na początku lat 90. do dziś budzi ogromne emocje i jest paliwem dla wielu sporów politycznych. Chodzi o tak zwaną „komisję Michnika”, która oficjalnie działała pod nazwą Komisji do Zbadania Archiwów MSW. Choć od tamtych wydarzeń minęły dekady, wokół trzech miesięcy spędzonych przez grupę historyków i polityka w gmachu przy ulicy Rakowieckiej narosło mnóstwo mitów. Przyjrzyjmy się zatem faktom, aby zrozumieć, co tak naprawdę działo się za zamkniętymi drzwiami archiwów bezpieki.
Wszystko zaczęło się wiosną 1990 roku, w momencie, gdy Polska znajdowała się w fazie gwałtownej transformacji ustrojowej. Ówczesny minister spraw wewnętrznych, Krzysztof Kozłowski, powołał specjalny zespół, którego zadaniem miało być zapoznanie się z zasobami archiwalnymi MSW. W skład komisji weszli: Adam Michnik (jako jedyny polityk i przedstawiciel Sejmu), a także trzej wybitni historycy: Andrzej Ajnenkiel, Jerzy Holzer oraz Bogdan Kroll.
Komisja pracowała od kwietnia do czerwca 1990 roku. Był to czas niezwykle newralgiczny – stara struktura Służby Bezpieczeństwa jeszcze istniała, ale powoli rodziły się nowe służby demokratycznego państwa. Głównym celem grupy było ustalenie, co właściwie znajduje się w archiwach, jak są one zorganizowane i – co najważniejsze – w jakim stopniu zostały zniszczone przez odchodzącą władzę komunistyczną.
Zgodnie z oficjalnymi relacjami i raportem końcowym, członkowie komisji przeglądali wybrane partie dokumentów. Nie byli w stanie przeczytać wszystkiego – zasoby MSW liczyły kilometry akt. Skupili się na zrozumieniu mechanizmów działania bezpieki oraz na weryfikacji informacji o masowym niszczeniu papierów.
Warto wiedzieć, że na przełomie 1989 i 1990 roku funkcjonariusze SB, czując nadchodzący koniec systemu, palili i niszczyli tysiące teczek operacyjnych. Komisja Michnika miała ocenić skalę tych strat. Adam Michnik i towarzyszący mu historycy mieli dostęp do najtajniejszych dokumentów, w tym do akt dotyczących inwigilacji opozycji, Kościoła oraz najwyższych urzędników państwowych.
To właśnie tutaj zaczynają się schody. Krytycy Adama Michnika, głównie ze środowisk prawicowych i zwolenników radykalnej lustracji, stawiają komisji bardzo poważne zarzuty. Najczęstszym z nich jest twierdzenie, że członkowie komisji (a w szczególności Michnik) mieli okazję do „czyszczenia” własnych teczek lub akt swoich politycznych przyjaciół.
Podnosi się również argument, że komisja nie miała jasnej podstawy prawnej do przeglądania akt personalnych i że jej działania odbywały się poza jakąkolwiek kontrolą społeczną czy parlamentarną. Przeciwnicy Michnika sugerują, że wiedza zdobyta w archiwach mogła posłużyć do późniejszych gier politycznych lub ochrony osób uwikłanych we współpracę z SB.
Z kolei zwolennicy działań komisji podkreślają, że była ona niezbędna, by powstrzymać dalsze niszczenie akt przez funkcjonariuszy starego systemu. Twierdzą, że obecność autorytetów, takich jak profesorowie Holzer czy Ajnenkiel, gwarantowała rzetelność prac, a zarzuty o niszczenie dokumentów są bezpodstawnymi teoriami spiskowymi, gdyż nie przedstawiono na to twardych dowodów.
Mało kto wie, jak ogromna była skala niszczenia dokumentów przed wejściem komisji do archiwów. Szacuje się, że w niektórych wydziałach SB zniszczono nawet 80-90% dokumentacji operacyjnej z lat 80. Często działo się to w pośpiechu – dokumenty mielono, palono w kotłowniach, a nawet wywożono do papierni. Komisja Michnika zastała archiwa w stanie chaosu, co znacznie utrudniało jakiekolwiek systematyczne badania.
Prace komisji zakończyły się przygotowaniem raportu, który został przekazany ministrowi Kozłowskiemu. Dokument ten opisywał katastrofalny stan archiwów i potwierdzał masowe niszczenie akt. Choć komisja działała krótko, jej legenda żyje do dziś, stając się jednym z fundamentów sporu o kształt polskiej transformacji.
Dla jednych Adam Michnik w archiwach był ratownikiem polskiej pamięci narodowej, starającym się zabezpieczyć to, co zostało. Dla innych pozostaje symbolem „układu”, który miał na celu ukrycie prawdy o przeszłości agenturalnej elit III RP. Bez względu na ocenę polityczną, faktem pozostaje, że była to jedna z najbardziej tajemniczych i wpływowych inicjatyw wczesnych lat 90., która na zawsze zmieniła sposób, w jaki patrzymy na teczki bezpieki.