Gość (37.30.*.*)
Wielu z nas pamięta nagłówki gazet i portali internetowych z 2011 roku, które grzmiały: „Unia Europejska twierdzi, że woda nie nawadnia!”. Brzmiało to jak scenariusz z filmu Barei albo kompletny upadek zdrowego rozsądku. Czy urzędnicy w Brukseli naprawdę postanowili zakwestionować podstawowe prawa biologii i chemii? Aby zrozumieć, o co tak naprawdę chodziło w tym sporze, musimy oddzielić krzykliwe clickbaity od biurokratycznego języka unijnych regulacji.
Całe zamieszanie zaczęło się od wniosku dwóch niemieckich naukowców, prof. Moritza Hagenmeyera i prof. Andreasa Hahna. Chcieli oni uzyskać zgodę na umieszczanie na etykietach wody butelkowanej oświadczenia zdrowotnego o treści: „regularne spożywanie znacznych ilości wody może zmniejszyć ryzyko rozwoju odwodnienia i towarzyszącego mu spadku wydajności”.
Zgodnie z unijnym rozporządzeniem dotyczącym oświadczeń żywieniowych i zdrowotnych (rozporządzenie nr 1924/2006), każda taka informacja na opakowaniu musi zostać zatwierdzona przez EFSA (Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności). Po trzech latach analiz, EFSA wydała opinię negatywną, a Komisja Europejska ją podtrzymała. To właśnie ten moment wywołał falę kpin w mediach na całym świecie.
Z punktu widzenia biologii każdy wie, że picie wody zapobiega odwodnieniu. Dlaczego więc eksperci z EFSA powiedzieli „nie”? Odpowiedź nie leży w negowaniu właściwości wody, ale w bardzo sztywnej, wręcz pedantycznej definicji prawnej „zmniejszania ryzyka choroby”.
Panel ekspertów EFSA argumentował, że odwodnienie nie jest chorobą samą w sobie, lecz stanem organizmu wynikającym z niedoboru wody. Według ich logiki, oświadczenie o „zmniejszaniu ryzyka choroby” można stosować tylko wtedy, gdy dany składnik wpływa na czynnik ryzyka konkretnej jednostki chorobowej. Urzędnicy uznali, że stwierdzenie, iż woda zapobiega odwodnieniu, jest tautologią – czymś tak oczywistym, że nie spełnia wymogów formalnych dla specjalistycznego oświadczenia zdrowotnego o redukcji ryzyka choroby.
Można to porównać do sytuacji, w której ktoś chciałby opatentować stwierdzenie, że „jedzenie zapobiega głodowi”. Z naukowego punktu widzenia to prawda, ale z prawnego punktu widzenia nie jest to „oświadczenie o redukcji ryzyka choroby” w rozumieniu unijnych przepisów.
Choć decyzja ta nie była zaprzeczeniem nauki w sensie biologicznym, stała się symbolem unijnej biurokracji, która czasem gubi kontakt z rzeczywistością językową. Eksperci skupili się na literze prawa, ignorując to, jak ich decyzja zostanie odebrana przez opinię publiczną.
Warto jednak zaznaczyć, że UE nie zakazała mówienia, iż woda jest zdrowa. Obecnie na produktach spożywczych można stosować oświadczenia takie jak:
Aby móc używać tych haseł, producent musi jedynie poinformować konsumenta, że korzystny efekt występuje przy spożyciu co najmniej 2 litrów wody dziennie z różnych źródeł.
Skoro już wiemy, że Unia nie „odwołała” nawadniających właściwości wody, warto przypomnieć, jak to z tym nawadnianiem jest w praktyce. Często słyszymy o magicznych „8 szklankach dziennie”, ale nauka jest tu nieco bardziej elastyczna.
Zapotrzebowanie na płyny zależy od:
Tak, istnieje zjawisko zwane hiponatremią (przewodnieniem hipotonicznym). Dzieje się tak, gdy wypijemy ogromną ilość wody w bardzo krótkim czasie, co prowadzi do niebezpiecznego rozcieńczenia elektrolitów (głównie sodu) w organizmie. Jest to jednak stan ekstremalnie rzadki, spotykany głównie u maratończyków lub osób z zaburzeniami gospodarki wodnej.
Afera z 2011 roku była klasycznym przykładem „szumu informacyjnego”. Unia Europejska nie zaprzeczyła nauce, a jedynie utknęła we własnych definicjach prawnych. Dla urzędników „odwodnienie” nie było „chorobą”, więc woda nie mogła „zmniejszać ryzyka choroby”.
Dla przeciętnego człowieka brzmiało to absurdalnie i słusznie wywołało uśmiech politowania. Jednak z perspektywy czasu widać, że był to spór o słowa i paragrafy, a nie o to, czy H2O faktycznie gasi pragnienie i utrzymuje nas przy życiu. Pijmy więc wodę na zdrowie – niezależnie od tego, jak skomplikowanie opiszą to unijne rozporządzenia.