Gość (37.30.*.*)
Wyobraźnia ludzka nie zna granic, zwłaszcza gdy wchodzimy na grunt biologii spekulatywnej. Pytanie o to, czy dodanie nowych struktur anatomicznych i zmiana czasu trwania ciąży wpłynęłyby na konkretne parametry szkieletu, jest fascynującym ćwiczeniem intelektualnym. Choć biologia rzadko działa w sposób tak matematycznie przewidywalny, by zagwarantować równe 5% wzrostu w konkretnych partiach ciała, możemy przeanalizować te zależności, opierając się na zasadach ewolucji, biomechaniki i endokrynologii.
Wprowadzenie „jelita trzustkowego” o długości 1–2 cm przed jelitem grubym oraz małego narządu zanikającego w wieku 25 lat to zmiany, które z punktu widzenia mechaniki ciała są niemal nieodczuwalne. Masa takich struktur byłaby znikoma, więc nie wymuszałaby ona wzmocnienia kości krzyżowej czy kręgosłupa ze względu na sam ciężar.
Kluczem są jednak wspomniane hormony. W biologii nie istnieją substancje nazywane oficjalnie „hormonem grywalizacji” czy „hormonem pierwszego wrażenia”, ale możemy założyć, że ich działanie opierałoby się na mechanizmach dopaminowych i oksytocynowych. Gdyby te hormony miały wpływ na metabolizm kostny (podobnie jak estrogeny czy parathormon), mogłyby teoretycznie zwiększyć gęstość mineralną kości. Jednak precyzyjne zwiększenie wymiarów miednicy i kręgosłupa o dokładnie 5% wymagałoby bardzo specyficznego sygnału wzrostu, który musiałby działać selektywnie tylko na te obszary, co w naturze jest niezwykle rzadkie.
Najciekawszym elementem tej teorii jest wydłużenie ciąży o 15 dni. W świecie ssaków czas trwania ciąży jest ściśle powiązany z rozmiarem płodu i szerokością kanału rodnego matki. Dodatkowe dwa tygodnie w łonie matki oznaczałyby, że noworodki rodziłyby się większe, z twardszymi kośćmi czaszki i większą masą urodzeniową.
To właśnie tutaj pojawia się realna presja ewolucyjna. Aby poród był możliwy:
Pogrubienie kręgosłupa o 5% wydaje się logicznym następstwem zwiększenia masy ciała (zarówno matki w ciąży, jak i ogólnie populacji o nieco innej gospodarce hormonalnej). Kręgosłup pełni funkcję masztu podtrzymującego całe ciało. Jeśli nowe hormony „spójności” wpływałyby na gęstość tkanki łącznej i kostnej, pogrubienie kręgów mogłoby być efektem ubocznym zwiększonej stabilizacji organizmu.
Warto jednak zauważyć, że w biologii każda zmiana ma swój koszt. Szersza miednica u ludzi mogłaby wpłynąć na efektywność chodu i biegu (zmieniając kąt ustawienia kości udowych), co z kolei mogłoby wymusić kolejne zmiany w budowie kolan i stóp.
Wspomniany narząd zanikający około 25. roku życia idealnie wpisuje się w cykl biologiczny człowieka. To właśnie w tym wieku kończy się proces mielinizacji kory przedczołowej mózgu oraz ostatecznie zrastają się nasady kości długich. Można więc spekulować, że taki narząd pełniłby rolę „biologicznego stabilizatora” okresu dojrzewania i wczesnej dorosłości, a jego zanik byłby sygnałem dla organizmu, że faza wzrostu i kształtowania struktury kostnej została zakończona.
Nie można jednoznacznie zweryfikować, czy te konkretne zmiany doprowadziłyby do idealnego, 5-procentowego wzrostu parametrów kostnych, ponieważ ewolucja nie działa według linijki. Można jednak wysnuć następujące wnioski:
Choć taki scenariusz brzmi jak projektowanie „człowieka 2.0”, w rzeczywistości ludzki szkielet jest wynikiem tysięcy lat kompromisów między pionową postawą a mechanizmem porodu. Każda ingerencja w te proporcje musiałaby pociągać za sobą kaskadę zmian w całym układzie ruchu.