Gość (83.4.*.*)
Współczesna szkoła przechodzi przez ogromną transformację, a młodzi nauczyciele – często pełni pasji i nowoczesnego podejścia – znajdują się w samym centrum tego procesu. Choć wchodzą do zawodu z szacunkiem do praw ucznia i chęcią budowania relacji opartych na partnerstwie, rzeczywistość klasowa bywa dla nich zimnym prysznicem. Problem, o którym coraz głośniej mówią, nie dotyczy samej idei praw dziecka, ale sposobu, w jaki są one interpretowane i egzekwowane w codziennej praktyce szkolnej.
Wielu pedagogów zwraca uwagę na zjawisko tzw. asymetrii uprawnień. O ile katalog praw ucznia jest szeroki i skrupulatnie pilnowany przez kuratoria, statuty szkół oraz samych rodziców, o tyle katalog obowiązków i realnych konsekwencji za ich niedopełnienie wydaje się coraz uboższy. Młodzi nauczyciele podkreślają, że w obecnym systemie prawnym mają bardzo ograniczone możliwości reagowania na zachowania, które dezorganizują pracę całej grupy.
Często przytaczanym argumentem jest to, że współczesna szkoła promuje postawę roszczeniową. Uczeń, mając świadomość, że nauczyciel nie może go wyprosić z sali (ze względów bezpieczeństwa), nie może odebrać mu telefonu (prawo własności) ani wyciągnąć surowych konsekwencji dyscyplinarnych bez ryzyka skargi ze strony rodziców, czuje się nietykalny. To sprawia, że prowadzenie lekcji w trudnych klasach staje się walką o przetrwanie, a nie procesem edukacyjnym.
Kolejnym czynnikiem, który potęguje poczucie bezsilności u nauczycieli, jest postawa rodziców. Coraz częściej zamiast współpracy na linii dom-szkoła, mamy do czynienia z postawą obronną. Rodzice, chcąc chronić swoje dzieci, potrafią kwestionować każdą ocenę, każdą uwagę wpisaną do dziennika elektronicznego, a nawet metody dydaktyczne, które nie podobają się ich podopiecznym.
Dla młodego nauczyciela, który dopiero buduje swój autorytet, konfrontacja z roszczeniowym rodzicem bywa paraliżująca. W obawie przed postępowaniami wyjaśniającymi przed rzecznikiem dyscyplinarnym czy konfliktami z dyrekcją, wielu pedagogów wybiera "święty spokój", co w dłuższej perspektywie prowadzi do obniżenia standardów nauczania i frustracji.
W pedagogice światowej coraz częściej mówi się o tzw. rodzicach-kosiarkach (ang. lawnmower parents). W przeciwieństwie do rodziców-helikopterów, którzy tylko krążą nad dzieckiem i je obserwują, rodzice-kosiarki idą przed dzieckiem i "wycinają" wszystkie przeszkody oraz trudności, zanim uczeń w ogóle ich doświadczy. To sprawia, że młodzi ludzie nie uczą się radzenia sobie z porażką czy konsekwencjami własnych błędów.
Nauczyciele alarmują, że obecne prawo oświatowe nie daje im narzędzi do pracy z uczniami skrajnie zaburzającymi porządek. Uwaga w dzienniku czy obniżona ocena z zachowania dla wielu uczniów nie mają już żadnej wartości motywacyjnej ani karnej. W sytuacjach skrajnych, takich jak agresja słowna czy fizyczna, procedura przeniesienia ucznia do innej szkoły jest niezwykle długa i skomplikowana.
To poczucie "związanych rąk" sprawia, że zawód nauczyciela staje się jednym z najbardziej obciążających psychicznie. Młodzi ludzie, którzy mają alternatywę na rynku pracy – znają języki, mają kompetencje cyfrowe i miękkie – zadają sobie pytanie: "Po co mam się męczyć w systemie, który mnie nie chroni?".
Frustracja wynikająca z braku dyscypliny w klasie łączy się z niskimi zarobkami i niskim prestiżem społecznym. W Polsce zawód nauczyciela przestał być postrzegany jako profesja zaufania publicznego, a stał się raczej usługą, którą uczeń i rodzic "konsumują".
Młodzi nauczyciele ostrzegają przed masowymi odejściami, ponieważ:
Bez zmiany przepisów, które zrównoważą prawa ucznia z prawem nauczyciela do bezpiecznej i efektywnej pracy, polska szkoła może stanąć w obliczu gigantycznego kryzysu kadrowego. Już teraz w wielu miastach braki nauczycieli przedmiotów ścisłych czy językowców są łatane przez emerytów lub osoby bez pełnych kwalifikacji, co bezpośrednio uderza w jakość edukacji.