Gość (37.30.*.*)
Wyobraź sobie taką sytuację: słuchasz utworu, który dosłownie rozrywa Cię od środka emocjami. Czujesz, jak po plecach przechodzą Ci dreszcze, a Twoje ciało aż rwie się do tego, by jakoś zareagować – klasnąć, krzyknąć z zachwytu, a przynajmniej mocniej odetchnąć. Ale nie możesz. Siedzisz w rzędzie, otoczony ludźmi w garniturach i wieczorowych sukniach, i jedyne, co robisz, to desperackie powstrzymywanie kaszlu. Brzmi znajomo? To właśnie paradoks współczesnego odbioru muzyki klasycznej. Choć sama w sobie jest ona jednym z najbardziej ekspresyjnych i emocjonalnych gatunków w historii ludzkości, to kultura, która wokół niej narosła, potrafi skutecznie zamrozić jakąkolwiek spontaniczną reakcję słuchacza. Dlaczego tak się stało i czy filharmonie rzeczywiście stały się „cmentarzyskami ekspresji”?
Aby zrozumieć, dlaczego dziś w filharmonii zachowujemy się jak na nabożeństwie, musimy cofnąć się w czasie. Prawda jest taka, że dawniej koncerty muzyki poważnej przypominały raczej dzisiejsze mecze piłkarskie lub występy rockowe niż to, co znamy ze współczesnych sal koncertowych.
W czasach Wolfganga Amadeusa Mozarta czy Ludwiga van Beethovena publiczność była głośna, żywiołowa i niezwykle ekspresyjna. Ludzie rozmawiali w trakcie gry, jedli, pili, a kiedy jakiś fragment szczególnie im się spodobał, natychmiast klaskali, krzyczeli i domagali się bisu – nawet w środku symfonii! Na premierze VII Symfonii Beethovena publiczność tak bardzo zachwyciła się drugą częścią (słynnym Allegretto), że orkiestra musiała natychmiast zagrać ją jeszcze raz, zanim w ogóle przeszła do trzeciej części. Nikomu nie przeszkadzało to w odbiorze sztuki. Wręcz przeciwnie – była to naturalna wymiana energii między artystą a widzem.
Wszystko zaczęło się zmieniać w XIX wieku, w epoce romantyzmu. To wtedy, m.in. za sprawą takich kompozytorów jak Richard Wagner czy Gustav Mahler, zaczęto promować ideę, że muzyka poważna nie jest rozrywką, ale formą religii, a sala koncertowa to świątynia sztuki.
Wagner jako jeden z pierwszych zaczął gasić światła na widowni podczas swoich oper (w teatrze w Bayreuth), aby zmusić ludzi do skupienia uwagi wyłącznie na scenie. Z kolei Mahler potrafił ostentacyjnie odwrócić się od dyrygenckiego pulpitu i rzucić mordercze spojrzenie każdemu, kto odważył się zakaszleć lub zaklaszczyć w niewłaściwym momencie. W ten sposób narodził się kult absolutnej ciszy, który z czasem przekształcił się w sztywny zestaw reguł.
Najlepszym przykładem tego, jak współczesna etykieta zabija ekspresję, jest niepisana zasada zakazująca klaskania pomiędzy częściami jednego utworu (np. symfonii czy koncertu).
Dla osoby, która nie bywa w filharmonii regularnie, jest to sytuacja skrajnie nienaturalna. Wyobraź sobie, że pianista kończy właśnie grać niesamowicie trudną, dynamiczną i porywającą pierwszą część koncertu fortepianowego. Emocje sięgają zenitu, utwór urywa się potężnym akordem, a w sali zapada... grobowa cisza. Słuchacz, który chciałby wyrazić swój podziw, musi stłumić ten impuls. Jeśli spróbuje klasnąć, natychmiast zostanie ukarany karcącym spojrzeniem stałych bywalców (tzw. „melomanów-strażników”).
Ta zasada wywołuje u słuchaczy ogromny stres. Zamiast przeżywać muzykę i płynąć z jej nurtem, wielu ludzi – zwłaszcza tych młodszych lub rzadziej bywających na koncertach – spędza czas na analizowaniu programu i zastanawianiu się: „Czy to już koniec utworu? Czy teraz mogę już klasnąć, czy jeszcze zostanę wyśmiany?”. Taki lęk przed popełnieniem towarzyskiego faux pas skutecznie blokuje jakąkolwiek spontaniczność i emocjonalne zaangażowanie.
Muzyka z natury wpływa na nasze ciało. Kiedy słyszymy rytm, nasz mózg podświadomie wysyła sygnały do mięśni – chcemy tupać nóżką, kiwać głową, poruszać się. W psychologii muzyki zjawisko to wiąże się z tzw. ucieleśnieniem (ang. embodiment), czyli ścisłym powiązaniem procesów poznawczych i emocjonalnych z motoryką ciała.
W filharmonii to ucieleśnienie zostaje brutalnie przerwane. Słuchacz jest zmuszony do przyjęcia pozycji niemal całkowitego bezruchu. Jakiekolwiek wiercenie się, głośniejszy oddech czy – o zgrozo – próba poruszenia się w rytm muzyki są traktowane jako brak kultury i przeszkadzanie innym.
Tłumienie fizycznych reakcji ma bezpośredni wpływ na to, jak przetwarzamy emocje. Kiedy blokujemy ciało, blokujemy również pełne doświadczanie uczuć. Muzyka klasyczna, zamiast być przeżywana całą istotą, staje się doświadczeniem wyłącznie intelektualnym. Słuchacz zamienia się w chłodnego analityka, który ocenia czystość dźwięków i precyzję wykonania, zamiast po prostu dać się porwać fali dźwiękowej.
Warto jednak spojrzeć na ten medal z drugiej strony. Zwolennicy obecnego stanu rzeczy mają swoje argumenty, których trudno całkowicie odmówić logice.
Na szczęście coraz więcej dyrygentów, muzyków i dyrektorów artystycznych zaczyna dostrzegać, że nadmierny rygor i „sztywność” filharmonii odstraszają nową publiczność. Klasyka zaczyna powoli kruszyć swój lodowy pancerz.
Niektórzy dyrygenci, jak choćby znana na całym świecie Marin Alsop, otwarcie zachęcają publiczność do klaskania wtedy, kiedy po prostu czują taką potrzebę. Coraz popularniejsze stają się też tzw. „luźne koncerty” (ang. relaxed performances), podczas których zasady etykiety są znacznie złagodzone – można swobodnie wychodzić, zmieniać pozycję, a nawet wydawać dźwięki. To świetny krok w stronę odczarowania muzyki poważnej i przywrócenia jej ludziom.
Muzyka klasyczna nie musi zabijać ekspresji. To nie nuty zapisane przez Mozarta czy Czajkowskiego nas paraliżują, ale sztuczne, historyczne ramy, które sami na siebie nałożyliśmy. Następnym razem, gdy poczujesz potrzebę cichego westchnienia z zachwytu w trakcie koncertu – zrób to. Prawdziwa sztuka potrzebuje życia, a nie sterylnej, muzealnej ciszy.