Gość (37.30.*.*)
Włodzimierz Wysocki to postać-legenda, której twórczość do dziś porusza najgłębsze struny ludzkiej wrażliwości. Wśród jego niezwykle bogatego dorobku artystycznego jedno dzieło lśni szczególnym, choć mrocznym blaskiem. Mowa o utworze „Konie narowiste” (w oryginale „Кони привередливые”), napisanym na początku lat 70. XX wieku. Ta przejmująca pieśń, w Polsce spopularyzowana m.in. dzięki genialnemu przekładowi Agnieszki Osieckiej oraz interpretacjom Maryli Rodowicz, Mirosława Czyżykiewicza czy Jacka Kaczmarskiego, to coś znacznie więcej niż tylko muzyczna opowieść o szaleńczym biegu sań. To głęboki, wielowarstwowy traktat filozoficzny o życiu, śmierci i losie artysty. Jakie tajemnice i znaczenia kryją się w tym kultowym utworze?
Konie w rosyjskiej tradycji literackiej od zawsze zajmowały szczególne miejsce – wystarczy wspomnieć słynną Gogolowską „trojkę” z Martwych dusz, symbolizującą pędzącą w nieznane Rosję. U Wysockiego konie zyskują jednak znacznie bardziej intymny i egzystencjalny wymiar.
Większość badaczy literatury interpretuje konie jako symbol czasu, przeznaczenia oraz sił życiowych, których człowiek nie jest w stanie w pełni kontrolować. Przymiotnik „narowiste” (lub w dosłownym tłumaczeniu z rosyjskiego: „wybredne”, „kapryśne”) doskonale oddaje naturę ludzkiego losu. Życie nie słucha naszych rozkazów, bywa nieprzewidywalne, dzikie i rwie do przodu bez względu na to, jak mocno trzymamy wodze. Konie reprezentują także wewnętrzną energię samego artysty – jego pasję, temperament i niszczycielską siłę twórczą, która pchała go do przodu, ale jednocześnie spalała od środka.
Kolejnym kluczowym symbolem w utworze jest urwisko i rozciągająca się pod nim przepaść. Bohater piosenki gna swoimi saniami „nad urwiskiem, nad przepaścią, po samej krawędzi”. To bezpośrednia metafora egzystencji na granicy życia i śmierci.
Wysocki wprowadza tu niezwykle ważne pojęcie „zgubnego zachwytu” (ros. gibelnyj vostorg). To stan emocjonalny, który doskonale znali ludzie żyjący w ciągłym napięciu – fascynacja niebezpieczeństwem, balansowanie na granicy ryzyka, niemal ekstatyczne odczuwanie faktu, że zaraz można stracić wszystko. Sam Wysocki żył dokładnie w ten sposób. Zmagając się z uzależnieniami, wycieńczeniem organizmu i nieustanną presją ze strony sowieckiego aparatu państwowego, nieustannie prowokował los. Przepaść w piosence to nie tylko fizyczna śmierć, ale też stan psychiczny człowieka, który czuje, że jego czas nieuchronnie dobiega końca.
W tekście pojawia się uderzający paradoks. Bohater sam smaga swoje konie batem (nahajką), popędzając je do jeszcze szybszego biegu, a jednocześnie w refrenie błaga: „Trochę wolniej, konie, trochę wolniej! Nie słuchajcie napiętego bata!”.
Ta sprzeczność bywa odczytywana jako genialny obraz ludzkiej autodestrukcji. Człowiek często sam jest autorem własnego nieszczęścia – popycha swój los ku katastrofie, żyje zbyt szybko, zbyt intensywnie, a gdy orientuje się, że meta jest tuż-tuż, wpada w panikę i próbuje wyhamować. Bicz reprezentuje tu wewnętrzny przymus tworzenia i życia „na pełnych obrotach”, którego artysta nie potrafi opanować, nawet wiedząc, że prowadzi go to do zguby. Z drugiej strony, w kontekście politycznym ZSRR, bat i czarne wodze są niekiedy interpretowane jako nacisk systemu i cenzury, które osaczały Wysockiego i zmuszały go do ciągłej, wycieńczającej walki.
Jednym z najbardziej poruszających motywów w utworze jest prośba o czas na „dopoenie koni” i „dośpiewanie pieśni” („I dożyć nie zdążyłem, dośpiewać nie zdążę”).
Dla Wysockiego – poety, aktora i barda – misja artystyczna była ważniejsza niż samo biologiczne przetrwanie. Śmierć jawi się jako tragiczna przeszkoda nie dlatego, że kończy ziemskie uciechy, ale dlatego, że przerywa proces twórczy. Artysta błaga los (konie) o jeszcze jedno krótkie mgnienie na skraju przepaści, by móc dokończyć swoje dzieło. To uniwersalny lęk każdego twórcy przed pozostawieniem po sobie niedokończonej pieśni, niedopowiedzianego słowa.
W dalszej części utworu pojawia się mroczna, niemal apokaliptyczna wizja:
„Gdy zdążymy... do Boga na gościnę nie ma spóźnień. / To dlaczego aniołowie śpiewają takimi złymi głosami?!”
Wizja ta przełamuje tradycyjne, religijne wyobrażenie o spokojnym przejściu w zaświaty. Aniołowie o „złych” lub „szorstkich” głosach mogą symbolizować surowy sąd, poczucie winy bohatera lub po prostu przerażenie przed nieznanym. Istnieje też interpretacja, według której te głosy to jedynie omamy słuchowe umierającego człowieka, u którego dźwięk dzwoneczka przy saniach zlewa się z majakami. Wysocki nie daje nam taniej pociechy – przejście na drugą stronę jest pełne niepokoju i dramatyzmu.
W Polsce utwór ten zyskał status kultowy i doczekał się kilku znakomitych przekładów. Najbardziej znane to:
Polscy wykonawcy potrafili tchnąć w tę pieśń własną wrażliwość, sprawiając, że „Konie narowiste” stały się w naszym kraju hymnem ludzi niepokornych, buntowników i tych, którzy w sztuce szukają prawdy bez kompromisów.
Mało kto wie, że „Konie narowiste” pierwotnie miały powstać na potrzeby filmu przygodowo-fantastycznego „Ziemia Sannikowa” (1973), w którym Wysocki miał zagrać jedną z głównych ról (oficera i barda Krestowskiego). Niestety, z powodów politycznych i nacisków władz, Wysocki został odsunięty od produkcji, a jego piosenki nie znalazły się w filmie.
Mimo to utwór zaczął żyć własnym życiem na undergroundowych nagraniach magnetofonowych (tzw. magnitizdatach), stając się jednym z najważniejszych hymnów pokoleniowych w całym bloku wschodnim. Co ciekawe, motyw pędzących koni stał się tak integralną częścią legendy artysty, że rzeźbiarz Aleksander Rukawisznikow umieścił postać Wysockiego wyłaniającą się z koni na jego nagrobku na Cmentarzu Wagankowskim w Moskwie.
„Konie narowiste” to arcydzieło, które nie starzeje się mimo upływu lat. Jego siła tkwi w genialnym połączeniu osobistego dramatu Włodzimierza Wysockiego z uniwersalną prawdą o ludzkiej kondycji. Każdy z nas w jakimś momencie życia czuje, że jego „konie” biegną zbyt szybko, a przepaść zbliża się nieuchronnie. To pieśń o lęku przed przemijaniem, ale też o niesamowitej, wręcz desperackiej miłości do życia i sztuki – miłości, która każe nam śpiewać do samego końca, nawet gdy aniołowie zaczynają już intonować swoje złowrogie pieśni.