Gość (37.30.*.*)
Historia wyprawy na Przełęcz Diatłowa to jedna z najbardziej mrocznych i fascynujących zagadek XX wieku. To, co miało być ambitną, zimową ekspedycją grupy doświadczonych studentów, przerodziło się w tragedię, która do dziś rozpala wyobraźnię badaczy, miłośników teorii spiskowych i naukowców. Choć od wydarzeń w północnym Uralu minęło ponad 60 lat, pytania o to, co dokładnie wydarzyło się w nocy z 1 na 2 lutego 1959 roku, wciąż budzą ogromne emocje.
Wyprawa została zorganizowana przez studentów i absolwentów Politechniki Uralskiej w Swierdłowsku (dzisiejszy Jekaterynburg). Grupą dowodził 23-letni Igor Diatłow, niezwykle zdolny i doświadczony turysta górski. W skład ekipy wchodziło jeszcze osiem osób: siedmiu mężczyzn i dwie kobiety. Wszyscy byli zaprawieni w trudnych warunkach, a ich celem było zdobycie szczytu Otorten. Wyprawa miała najwyższy stopień trudności, co wymagało od uczestników doskonałej kondycji i umiejętności przetrwania w ekstremalnym mrozie.
Początkowo grupa liczyła dziesięć osób, jednak jeden z uczestników, Jurij Judin, musiał wycofać się z wyprawy na samym początku z powodu silnego bólu stawów. Ta decyzja, choć dla niego bolesna, ostatecznie uratowała mu życie. Judin pożegnał się z przyjaciółmi w osadzie II Północny i wrócił do domu, stając się ostatnią osobą, która widziała grupę Diatłowa żywą.
Dzięki odnalezionym później dziennikom i zdjęciom z aparatów uczestników, wiemy, że pierwsze dni wyprawy przebiegały zgodnie z planem. Grupa poruszała się na nartach, budowała obozowiska i mimo siarczystego mrozu (sięgającego -30 stopni Celsjusza), dopisywały im humory. 1 lutego 1959 roku turyści zaczęli wspinać się na zbocze góry Chołatczachl, co w języku Mansów oznacza „Górę Zmarłych”.
Z powodu pogarszającej się pogody i ograniczonej widoczności, Diatłow podjął decyzję o rozbiciu namiotu na zboczu góry, zamiast schodzić do pobliskiego lasu, który dawałby lepszą osłonę przed wiatrem. Prawdopodobnie nie chciał tracić wysokości, którą z takim trudem zdobyli. To była ich ostatnia noc.
Kiedy grupa nie dała znaku życia w umówionym terminie, rozpoczęto akcję poszukiwawczą. 26 lutego ratownicy dotarli do namiotu na zboczu Chołatczachl. Widok był przerażający i niezrozumiały. Namiot był rozcięty od wewnątrz, a większość rzeczy osobistych, w tym buty, kurtki i sprzęt, pozostała w środku. Ślady stóp na śniegu wskazywały, że turyści uciekali w popłochu, będąc boso lub tylko w skarpetkach, w stronę lasu oddalonego o około 1,5 kilometra.
Ciała odnajdywano etapami. Pierwsze dwa leżały przy pozostałościach ogniska pod wielkim cedrem, ubrane jedynie w bieliznę. Kolejne trzy ciała, w tym Igora Diatłowa, znaleziono w drodze między cedrem a namiotem – ich ułożenie sugerowało, że próbowali wrócić do obozowiska. Dopiero wiosną, gdy śniegi zaczęły topnieć, w pobliskim jarze odnaleziono pozostałą czwórkę uczestników.
To, co najbardziej zszokowało śledczych, to charakter obrażeń niektórych ofiar. O ile pierwsza piątka zmarła głównie z powodu hipotermii, o tyle osoby znalezione w jarze miały straszliwe urazy wewnętrzne:
Co istotne, na ciałach nie było widać zewnętrznych śladów walki ani siniaków, które wskazywałyby na pobicie. Obrażenia wyglądały tak, jakby na ludzi zadziałało ogromne ciśnienie. Dodatkowo na ubraniach niektórych ofiar wykryto podwyższoną radioaktywność, co stało się pożywką dla wielu teorii spiskowych.
Przez dekady spekulowano na temat przyczyn tragedii. Wymieniano m.in. atak Mansów, tajne testy radzieckiej broni, infradźwięki wywołujące panikę, a nawet spotkanie z Yeti. Jednak najnowsze badania naukowe, przeprowadzone m.in. przez szwajcarskich badaczy w 2019 i 2021 roku, wskazują na znacznie bardziej prozaiczną, choć rzadką przyczynę: lawinę deskową.
Według tej teorii, turyści niefortunnie podcięli warstwę śniegu, rozbijając namiot na zboczu. W nocy, pod wpływem silnego wiatru katabatycznego, ciężka płyta śniegu zsunęła się na namiot, przygniatając śpiących ludzi. To wyjaśniałoby ciężkie obrażenia wewnętrzne i nagłą ucieczkę z namiotu bez ubrań – turyści musieli go rozciąć, by wydostać się spod śniegu, a obawiając się kolejnej lawiny, ruszyli w stronę lasu. Brak języka czy oczu u Dubininy tłumaczy się natomiast naturalnymi procesami rozkładu i działaniem padlinożerców w czasie, gdy ciało leżało w strumieniu przez kilka miesięcy.
Miejsce tragedii nie miało wcześniej oficjalnej nazwy. Zostało nazwane Przełęczą Diatłowa na cześć lidera grupy, aby upamiętnić młodych ludzi, którzy stracili tam życie. Do dziś jest to miejsce pielgrzymek wielu turystów, choć surowy klimat Uralu wciąż przypomina o tym, jak niebezpieczne potrafią być góry.
Mimo naukowych wyjaśnień, dla wielu osób śmierć dziewięciorga studentów na „Górze Zmarłych” na zawsze pozostanie jedną z najbardziej tajemniczych historii w dziejach eksploracji górskiej.