Gość (37.30.*.*)
Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, czy ludzki głos ma granice, Yma Sumac jest najlepszym dowodem na to, że te granice niemal nie istnieją. Znana jako „Słowik Andów” lub „Inkaska Księżniczka”, ta peruwiańska artystka stała się jedną z najbardziej fascynujących postaci w historii muzyki XX wieku. Jej postać to mieszanka niewiarygodnego talentu, sprytnego marketingu i aury tajemnicy, która do dziś przyciąga fanów egzotyki i operowego rozmachu.
To, co czyniło Ymę Sumac postacią absolutnie wyjątkową, to jej skala głosu. Większość wyszkolonych śpiewaków operowych operuje w granicach dwóch, maksymalnie trzech oktaw. Yma Sumac dysponowała skalą obejmującą ponad pięć oktaw (niektóre źródła podają nawet cztery i pół do pięciu i pół). Potrafiła śpiewać głębokim, niemal męskim barytonem, by za chwilę płynnie przejść w rejestry gwizdkowe, naśladując śpiew ptaków.
Jej technika nie była efektem klasycznego wykształcenia konserwatoryjnego. Artystka twierdziła, że uczyła się śpiewu, naśladując dźwięki natury w Andach – szum wiatru, głosy zwierząt i górskie echo. To właśnie ta surowość połączona z niesamowitą precyzją sprawiła, że świat oszalał na jej punkcie w latach 50. XX wieku.
Yma Sumac urodziła się jako Zoila Augusta Emperatriz Chávarri del Castillo w 1922 roku (choć data ta bywała przedmiotem sporów). Aby podsycić zainteresowanie mediów w USA, jej mąż i menedżer, Moisés Vivanco, stworzył wokół niej aurę mistycyzmu. Twierdzono, że Yma jest bezpośrednią potomkinią Atahualpy, ostatniego władcy Inków.
Choć dla wielu była to tylko zgrabna zagrywka PR-owa, sama artystka bardzo dbała o ten wizerunek. Na scenie pojawiała się w bogato zdobionych strojach nawiązujących do kultury andyjskiej, obwieszona masywną biżuterią, co w połączeniu z jej urodą i przeszywającym spojrzeniem tworzyło hipnotyzujący efekt. Co ciekawe, rząd Peru w pewnym momencie oficjalnie potwierdził jej królewskie pochodzenie, co tylko ugruntowało jej status „Księżniczki”.
Największy triumf Ymy Sumac przypadł na lata 50., kiedy w Stanach Zjednoczonych zapanowała moda na tzw. exotica – nurt muzyczny łączący jazz, latynoskie rytmy i dźwięki imitujące dżunglę czy odległe lądy. Jej album „Voice of the Xtabay” z 1950 roku sprzedał się w milionach egzemplarzy, mimo że nie przypominał niczego, co wówczas puszczano w radiu.
Szybko upomniało się o nią Hollywood. Wystąpiła m.in. w filmie „Tajemnica Inków” (1954), gdzie jej śpiew stanowił tło dla przygód Charltona Hestona. Mówi się, że jej styl i postać były jedną z inspiracji dla twórców późniejszych filmów przygodowych, w tym serii o Indianie Jonesie.
W szczytowym momencie jej kariery w USA krążyła złośliwa plotka, że Yma Sumac wcale nie pochodzi z Peru, lecz jest zwykłą gospodynią domową z Brooklynu o nazwisku Amy Camus (co czytane wspak daje Yma Sumac). Była to oczywiście nieprawda, ale legenda ta żyła własnym życiem przez dekady, pokazując, jak bardzo Amerykanie nie mogli uwierzyć w tak egzotyczne zjawisko.
Choć z czasem jej popularność przygasła, Yma Sumac nigdy nie została zapomniana. W latach 80. przeżyła renesans dzięki zainteresowaniu nowej fali artystów i fanów muzyki alternatywnej. Jej utwory pojawiały się w filmach braci Coen (np. „Big Lebowski”) czy w reklamach luksusowych marek.
Warto wiedzieć, że Yma Sumac była inspiracją dla wielu współczesnych gwiazd. Jej wpływ można odnaleźć w twórczości takich artystek jak Björk, Lana Del Rey czy nawet Lady Gaga, które czerpią z jej teatralności i odwagi w operowaniu głosem.
Twórczość „Słowika Andów” to nie tylko ciekawostka historyczna. To muzyka, która wciąż brzmi świeżo i zaskakująco. Słuchając takich utworów jak „Taita Inty” czy „Chuncho”, można odnieść wrażenie, że obcuje się z czymś pierwotnym, a jednocześnie niezwykle nowoczesnym. To doskonała propozycja dla osób szukających w muzyce emocji, których nie da się podrobić cyfrowo – czystej potęgi ludzkiego organizmu i wyobraźni.