Gość (83.4.*.*)
Choć „Top Gun” z 1986 roku stał się ikoną kina akcji i zdefiniował estetykę lat 80., to od strony technicznej i montażowej był przez lata punktem wyjścia do ożywionych dyskusji wśród krytyków oraz filmowców. Głównym zarzutem, jaki stawiano reżyserowi Tony’emu Scottowi, był brak przejrzystości w scenach podniebnych pojedynków. Widzowie często gubili się w tym, kto kogo goni, gdzie znajduje się dany samolot względem przeciwnika i w którą stronę właściwie lecą maszyny. Wynikało to z kilku konkretnych decyzji artystycznych i technicznych ograniczeń tamtych czasów.
Tony Scott, zanim trafił do Hollywood, odnosił wielkie sukcesy w świecie reklamy. Przeniósł on na plan „Top Gun” tak zwaną estetykę MTV – charakteryzującą się bardzo szybkimi cięciami, dynamicznym montażem i skupieniem na efektownych, pojedynczych kadrach zamiast na ciągłości narracyjnej. W scenach walk powietrznych ujęcia trwają często zaledwie sekundę lub dwie.
Taki styl świetnie buduje napięcie i pompuje adrenalinę, ale ma jedną poważną wadę: nie daje mózgowi widza czasu na przetworzenie przestrzeni. Zanim zdążymy zorientować się, że patrzymy na F-14 od dołu, następuje cięcie na zbliżenie twarzy pilota, a potem na wybuch. W efekcie walka staje się serią efektownych obrazków, a nie logicznym ciągiem zdarzeń taktycznych.
W kinematografii istnieje fundamentalna reguła zwana „zasadą 180 stopni”. Pomaga ona widzowi zachować orientację, ustalając niewidzialną linię między bohaterami. Jeśli kamera trzyma się jednej strony tej linii, postać A zawsze patrzy w prawo, a postać B w lewo. W „Top Gun” zasada ta była nagminnie łamana.
Podczas podniebnych akrobacji kamera przeskakiwała z jednej strony samolotu na drugą. W jednym ujęciu myśliwiec leciał od lewej do prawej, a w następnym – mimo że w teorii kontynuował ten sam manewr – wydawał się lecieć w przeciwnym kierunku. Dla błędnika widza, który próbuje śledzić ruch na ekranie, jest to sygnał dezorientujący, wywołujący wrażenie chaosu.
Kolejnym problemem była identyfikacja maszyn. Choć dla pasjonatów lotnictwa różnica między F-14 Tomcat a samolotami „agresorów” (w filmie grały je maszyny Northrop F-5 i Douglas A-4) jest oczywista, dla przeciętnego widza w 1986 roku wszystkie one wyglądały podobnie, zwłaszcza w szybkim montażu.
Większość ujęć z wnętrza samolotów była kręcona w ciasnych zbliżeniach. Miało to na celu pokazanie emocji i potu na twarzach aktorów (co stało się znakiem rozpoznawczym filmu), ale całkowicie odcinało widza od kontekstu zewnętrznego. Nie widzieliśmy, co dzieje się za szybą kokpitu w szerokim planie. Kiedy Maverick krzyczał, że „ma go na ogonie”, musieliśmy wierzyć mu na słowo, bo rzadko kiedy udawało się pokazać oba samoloty w jednym, czytelnym ujęciu prezentującym ich wzajemne położenie.
Twórcy kontynuacji, „Top Gun: Maverick” (2022), doskonale zdawali sobie sprawę z krytyki oryginalu. Dzięki nowoczesnej technologii i umieszczeniu sześciu kamer IMAX wewnątrz kokpitów, udało się wyeliminować błędy z 1986 roku. W nowym filmie ujęcia są dłuższe, kamera często pokazuje jednocześnie pilota i to, co widzi on przed sobą, a montaż jest znacznie bardziej przejrzysty, co pozwala widzowi dokładnie śledzić przebieg każdej misji.
Warto też wspomnieć o aspekcie fizycznym, który potęgował wrażenie zagubienia. Wiele manewrów pokazanych w filmie z 1986 roku było fizycznie niemożliwych lub nielogicznych z punktu widzenia walki kołowej (dogfight). Samoloty często wydawały się „stawać w miejscu” lub zmieniać kierunek w sposób przeczący bezwładności. Dla osób choć trochę znających się na aerodynamice, te nienaturalne ruchy dodatkowo utrudniały zrozumienie, co właściwie dzieje się na ekranie.
Mimo tych wszystkich technicznych mankamentów, „Top Gun” odniósł gigantyczny sukces. Chaos wizualny, choć krytykowany przez purystów, dla wielu stał się synonimem dynamizmu i nowoczesnego kina akcji, które nie musi być logiczne, by dostarczać niesamowitych emocji.